![]()
TURCJA. OPOWIEŚCI Z PODRÓŻY.
CZĘŚĆ 5
DZIEŃ 21 +
DZIEŃ 21
Göreme - Kayseri - MalatyaWiększość dnia spędzamy w podróży. Z Göreme do Kayseri docieramy dolmuşem oraz autostopem, z kierowcą ciężarówki wyładowanej wiśniami. W Malatyi (autobus, $ 8) jesteśmy dopiero późnym popołudniem. Od razu kierujemy się do biura informacji turystycznej, gdzie bardzo miła obsługa udziela nam szczegółowych informacji o wycieczce na Nemrut Dagi, górę na szczycie której poustawiane są liczące sobie około dwa tysiące lat trzymetrowe kamienne głowy. Przez niektórych góra Nemrut nazywana jest jednym z cudów świata, nie bez przyczyny.
Cena wywoławcza, za wycieczkę z Malatyi, wraz z wyżywieniem i noclegiem w motelu Güneş pod górą wynosi $ 30. Dla nas było to oczywiście stanowczo za dużo, dlatego zaproponowałem odpłatność jedynie za transport. Pracownik biura Kemal mile nas zaskoczył, kiedy powiedział, że postara się poprosić swojego znajomego, organizatora wycieczki, o specjalną taryfę dla studentów z Polski. Cena tylko dla nas wynosiła $ 10 i mieliśmy nikomu tego nie mówić. Słoweńcy, których poznaliśmy w drodze na Nemrut, stargowali się jedynie do $ 15. Wyjazd miał nastąpić dopiero następnego dnia o godzinie 12.
Resztę dnia spędzamy w położonym w centrum parku, zaraz obok biura informacji turystycznej, pijąc duże ilości herbaty i grając z synem właściciela kawiarni w tavla oraz w dama.
Nocleg spędziliśmy w najtańszym jak do tej pory hotelu na ulicy PTT Caddesi. Było to niewątpliwe przeżycie natury estetyczno - higienicznej. Na łóżku rozłożyliśmy karimatę. W sąsiednim pokoju ktoś pięknie grał na cytrze, choć śpiewał nienajlepiej.
DZIEŃ 22
Malatya - Nemrut DagiPodróż do motelu Guneş, położonego dwa kilometry od szczytu góry Nemrut, zajęła nam około cztery godziny. Po drodze mijamy wioski nomadów i górskich pasterzy. Co pewien czas robimy postoje przy górskich potokach. Kilka minut moczenia nóg w lodowatej wodzie znakomicie odświeża zmęczone upałem ciało. Zaprzyjaźniamy się z współtowarzyszami naszej podróży, Słoweńcami. Zdradzają nam tajemnicę karty zniżkowej GO' 25. Woziliśmy ją przy sobie cały czas, a dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, że na jej podstawie możemy bezpłatnie zwiedzać muzea i wykopaliska na terenie całej Turcji!
Asfalt kończy się bardzo szybko i większa część drogi to kamienna ścieżka wijąca się serpentynami wzdłuż stoków. Kierowca prowadzi bardzo szybko, ale wprawnie. Po drodze podwozimy mieszkańców wioski. Przypatrują się nam z nieskrywaną ciekawością. Góry są prawie zupełnie pozbawione roślinności, mimo to różne rodzaje występujących w skałach minerałów sprawiają, że zbocza wprost mienią się kolorami. Barwy są tak niesamowite, że trudno je opisać.
Zgodnie z umową, mamy nocować na zewnątrz motelu, pod namiotami. Zostawiamy plecaki, myjemy się i wsiadamy ponownie do minibusu, który nas tutaj przywiózł z Malatyi. Wjeżdżamy nim prawie na samą górę. Do zachodu słońca pozostało jeszcze godzina. Mamy dużo czasu na obejrzenie porozrzucanych przez trzęsienia ziemi kamiennych głów, płaskorzeźb i posągów, które zostały wniesione na wysokość 2150 metrów, aby uczcić śmierć króla Antiochosa. Nad wszystkimi posągami góruje sztucznie usypany kamienny kopiec. Tak jakby góra była niewystarczająco wysoka. Zachodzące słońce sprawia, że kamienne rzeźby rzucają coraz dłuższe cienie uwydatniając słabo widoczne wcześniej szczegóły. Powierzchnia skał nabiera czerwonawej barwy. Doskonały moment na robienie zdjęć.
Tymczasem zewsząd napływają turyści, którzy przybyli z innymi wycieczkami. Przez chwilę rozmawiamy z parą Czechów z Ostrawy. Podróżują stopem, śpią gdzie popadnie, nawet na górę dostali się okazją. Przez 20 dni wydali na dwie osoby 140 dolarów! W Turcji jest to zupełnie możliwe.
Po zapadnięciu zmierzchu wracamy do motelu, rozbijamy namioty i po szybkim posiłku, udajemy się do budynku, gdzie zgodnie z obietnicą daną przez właściciela, mamy zostać poczęstowani herbatą. Zamiast herbaty dostaliśmy pyszny trzydaniowy obiad, którego w całości nie udało mi się pomieścić w żołądku. Wszystko zupełnie za darmo. Po jedzeniu właściciel motelu, Kurd zresztą, śpiewa specjalnie dla nas przy akompaniamencie cytry. Słoweńcy również podśpiewują, tylko my, wstyd przyznać, nic nie zanuciliśmy.
Niebo pod Nemrut Dagi, wyglądało jak żywy atlas astronomiczny. Nigdy nie widziałem na raz aż tylu gwiazd. Wydawało się, że można je zebrać ruchem ręki. Po raz pierwszy zobaczyłem tak dokładnie Mleczną Drogę. Meteory co chwilę znaczyły niebo świetlistymi smugami. Chyba godzinę leżałem z głową na zewnątrz namiotu obserwując to niesamowite zjawisko.
DZIEŃ 23
Nemrut Dagi - Malatya -> Van
Następnego dnia wcześnie rano ponownie udajemy się na szczyt Nemrut Dagi, tym razem żeby obejrzeć wschód słońca. Słońce oświetla wschodnią stronę góry i gigantyczne sylwetki siedzących, bezgłowych bóstw. Nieopodal pasą się beztrosko konie.
Po powrocie do Malatyi, czas pozostający do odjazdu autobusu do Van nad jeziorem o tej samej nazwie, spędzamy na zwiedzaniu Eski Malatya, piciu herbaty we wspomnianej już kawiarni, grą w dama i rozmową z Kemalem, pracownikiem biura informacji turystycznej. Spotykamy również Francuza, z którym wcześniej poznaliśmy się w Pamukkale. Trudno w to uwierzyć, ale całym jego bagażem był malutki plecak.
Eski Malatya (Stara Malatya), nie jest miejscem szczególnie wartym zwiedzania. Po nielicznych zachowanych zabytkach oprowadza nas przygodnie spotkany Turek. Na obiad zamawiamy sobie Iskender Kebap. Właściciel lokalu najwidoczniej poczuł się zaszczycony naszą obecnością, bo spuścił nam z ceny posiłku. Na deser próbujemy turecki przysmak baklava ve dondurma czyli bardzo słodkie ciastko z lodami o konsystencji gumy do żucia. Resztę dnia, aż do odjazdu spędzamy przy biurze turystycznym. Pobiłem swój rekord w piciu herbaty (osiem szklanek w ciągu jednego popołudnia) i ograłem dwa razy małego Turka w dama.
Z pisemnymi referencjami od Kemala, udajemy się na dworzec autobusowy, gdzie po preferencyjnej cenie kupujemy bilet do Van ( $ 8,67 ). Podróż przerywają częste kontrole. W nocy autobus zatrzymywany był dziewięć razy.
DZIEŃ 24
VanMiasto Van nie robi w pierwszym kontakcie dobrego wrażenia. Dużym plusem natomiast może być fakt, że niewielu turystów tutaj dociera. Mała ilość zwiedzających może tłumaczyć też dlaczego osoby zatrudnione w rządowym biurze turystycznym nie mówią ani słowa w zachodnim języku. Nieznajomość podstawowych nawet słów po angielsku doprowadziła do zabawnej sytuacji. Po przyjeździe do centrum miasta, zapytaliśmy się pierwszego lepszego mężczyznę, jak dostać się do biura informacji turystycznej. Turek wysłał małego chłopca, żeby nas tam zaprowadził, a przynajmniej tak nam się wydawało. Po około 40 minutach męczącego marszu z ciężkimi plecakami na ramionach i w dodatku w ponad czterdziestostopniowym upale zaczynam odnosić wrażenie, że kręcimy się w kółko. Jak się okazało, z całym szacunkiem dla życzliwego Turka, wysłał ona nas zamiast do biura informacji na wycieczkę krajoznawczą po mieście. Zmęczeni, już bez pomocy chłopca, na którego zresztą w przypływie złości trochę nakrzyczałem, w końcu jednak docieramy na miejsce.
Nocleg ($ 5,30) znajdujemy w hotelu Kent, którego nie mogę z czystym sumieniem polecić nawet wrogom. Z grzyba porastającego ścianę w łazience można byłoby ugotować zupę dla sporej rodziny. Nie przejmując się tym zbytnio zrzucamy bagaż i wyruszamy w kierunku na wyspę Akdamar Adasi. Po przejechaniu sporej części trasy dolmuşem, gdy wszyscy pasażerowie wysiedli, kierowca zaproponował nam, że za drobną opłatą jest gotów nas podwieźć na miejsce, z którego możemy popłynąć promem na Akdamar Adasi. My natomiast opowiedzieliśmy mu o tym, że jesteśmy biednymi studentami z Polski, że nas nie stać i że pojedziemy raczej stopem. Turek tak się wzruszył, że podwiózł nas tam za darmo.
Van to jezioro bardzo specyficzne. Jest to jeden z bardzo rzadkich zbiorników wodnych, w których woda ma odczyn mocno zasadowy. Posiada ona podobne właściwości jak woda z rozpuszczonym w niej proszkiem do prania. Po dziś dzień nad brzegi ściągają całe wioski, żeby zrobić pranie. Na środku tego niezwykłego jeziora leży niezwykła wyspa, a na niej stary, bogato rzeźbiony chrześcijański kościół zbudowany przez Ormian. Prom na wyspę kosztuje $ 1,33 od osoby. Za wstęp, dzięki karcie GO'25, nie płaciliśmy nic.
Do miasta wracamy stopem. Ponieważ było jeszcze stosunkowo wcześnie postanowiliśmy zwiedzić Van Kalesi, ruiny starożytnej fortecy.. Gdy jednak w końcu dotarliśmy na miejsce, nie mieliśmy już siły wspinać się na górę. Zostaliśmy natomiast zaproszeni przez właściciela miejscowej kawiarni na çay. Kurd pochwalił się, że miał trzy matki i dwadzieścia siedem braci i sióstr. Jego znajomy, mimo że wielożeństwo formalnie jest zabronione, dorobił się już trzech żon i jedenaścioro dzieci.
W drodze powrotnej do centrum Van, kierowca dolmuşa, również Kurd proponuje nam podwiezienie. Zgodziliśmy się chętnie, tym bardziej że nie chciał żadnych pieniędzy. Rozmowa toczyła się dosyć ciężko. On szczątkowo znał angielski a i mój turecki też był bardzo ograniczony. Zaproponował, że zawiezie nas na małą wycieczkę, na co my oczywiście przystaliśmy. Kupił po drodze dziesięć puszek piwa. Prowadząc pił i mówił coś o armii Kurdystanu i o tym, że turecka godzina nadeszła. Chcąc jakoś podtrzymać rozmowę powiedziałem, że Polska i Kurdystan to arkadaş, czyli przyjaciele i że Polski też nie było, tak jak Kurdystanu, a teraz jest - tłumacząc dosłownie.
Kurd wywiózł nas sporo poza miasto, żeby pokazać nam widok zachodzącego słońca nad jeziorem Van. Zachód rzeczywiście był piękny, ale facet nie chciał wracać, pomimo naszych nalegań i zapadających powoli ciemności. W pewnym momencie zajechała jakaś furgonetka, a z niej wysiadło kilku mężczyzn. W tym momencie, myślałem że to już koniec, że nas porwą i nie wypuszczą bez okupu, albo jeszcze coś gorszego. Tymczasem oni starali się chyba coś wytłumaczyć "naszemu" Kurdowi, wymieniając kilkakrotnie słowo Polis (Policja). Furgonetka odjechała a Kurd ani myślał wracać. Pił piwo i mówił coś do siebie. Wymyśliłem, że w hotelu zostawiliśmy paszporty i że jeśli nie wrócimy na czas, Policja zacznie nas szukać, na co on dał do zrozumienia, że Policję można przekupić. W końcu jednak dał się przekonać i bardzo powoli, trochę zygzakiem, pojechaliśmy do Van.
Po drodze zostaliśmy zatrzymani przez Policję. Zażądali od nas paszportów i biletów na autobus do Erzurum na następny dzień. Nie rozumiem jakim cudem nie wyczuli, że kierowca był już mocno wstawiony. Kurd zamiast do hotelu odwiózł nas najpierw do swojego domu i znowu trochę czasu zajęło, żeby wyperswadować mu pomysł nocowania nas. Mieliśmy już dość przygód jak na jeden dzień. Zawiózł nas pod sam hotel, tu jednak znowu doszło do niemiłej sytuacji. Kurd bardzo chciał kontynuować imprezę w naszym pokoju i tylko interwencja jednego pana z obsługi, który przetłumaczył, że nie mamy na to ochoty, sprawiła że sobie poszedł.
DZIEŃ 25
Van - ErzurumKu naszemu zdziwieniu, następnego dnia rano przy biurze turystycznym, z którego mieliśmy zostać zabrani na dworzec autobusowy a stamtąd do Erzurum ($ 6), czekał już na nas poznany dzień wcześniej Kurd. Przed odjazdem pożegnał się z nami wylewnie jak że starymi znajomymi. Po ulicy przejechała kolumna wozów opancerzonych przypominając o nieciekawej sytuacji politycznej w Kurdystanie.
Droga do Erzurum wiedzie wśród kolorowych gór. Na dworcu w Erzurum podchodzi do nas nieznajomy mężczyzna i proponuje podwiezienie do centrum. W samochodzie, po kilku zaledwie wymienionych zdaniach, zaoferował się być naszym przewodnikiem po zabytkach miasta. Powiedział nawet, że możemy u niego nocować. Wyczuwałem jakiś podstęp. Nuri Çiçek, ( tłumacząc dosłownie - Światło Kwiat), bo tak nazywał się nieznajomy, prowadził własny sklep z dywanami nieopodal medresy (stary muzułmański uniwersytet teologiczny), w centrum historycznym Erzurum. Kiedy nas zaprowadził do swojego sklepu, byłem przekonany, że za chwilę spróbuje wcisnąć nam jeden że swoich dywanów. Bardzo się jednak myliłem. Prawdziwą pasją Nuriego było kolekcjonowanie przyjaciół z całego świata.
Wkrótce do sklepu przyszła druga para: Anglik (a ściślej mówiąc, jak sam podkreślił - Londyńczyk) i Amerykanka, którą Nuri poznał dzień wcześniej. Razem jemy zamówione przez Nuriego lahmacuny. Craig i Courtney, bo tak nazywali się przybysze, podróżowali razem po Turcji od dłuższego czasu, pracując dorywczo jako kucharze. Wozili że sobą pokaźny zestaw noży kuchennych. W trakcie rozmowy wychodzi na jaw, że mam dzisiaj urodziny. Nuri obiecał, że wieczorem zorganizuje mi imprezę.
Udajemy się razem na zwiedzanie zabytków seldżuckiego Erzurum, a jest co zwiedzać. Grobowce sułtanów, przepiękna medresa, ozdobny budynek muzeum, zamek z wysoką wieżą., na którą koniecznie trzeba się wspiąć. W opuszczonym meczecie w obrębie murów twierdzy, Courtney daje popis wokalny. W Stanach studiowała śpiew średniowieczny. Jej głos brzmiał niezwykle pięknie, a sceneria dodatkowo potęgowała wrażenie.
Na jakiś czas rozstajemy się z Craigiem i Courtney, i razem z Nurim odwiedzamy jeszcze bazar urządzony w starym karawanseraju i sklep z dziwacznymi starociami jego znajomego. Sporo czasu spędzamy w kawiarni urządzonej w budynku medresy. Poznajemy mera Erzurum. Nuri objaśnia jak piją herbatę mieszkańcy Wschodniej Anatolii. Nie wrzucają oni kostek cukru prosto do herbaty, lecz wkładają pod policzek i ssąc powoli popijają çay. Nuri opowiada nam o handlu dywanami. Zdradził że, zimą wyprawia się po towar do małych wiosek a także za granicę, do Armenii, Gruzji, Iranu a nawet do Indii, a przez resztę roku odsprzedaje go w Turcji.
Wieczorem, zgodnie z daną obietnicą ,odbyła się impreza na cześć moich urodzin. Nuri kupił prawdziwy tort że świeczkami i dużą ilość piwa w puszkach. Była też muzyka z magnetofonu, głównie kurdyjskie piosenki. Po kilku piwach nawet zacząłem tańczyć jak Kurd, co zresztą nie jest bardzo trudne. Courtney zaśpiewała kilka amerykańskich piosenek. Przyszedł też policjant, który życzył mi "Happy New Year". W kulminacyjnym momencie dostałem od Nuriego prezent, o którym od dawna marzyłem. Prawdziwy, ręcznie tkany turecki dywan! Nie mogłem znaleźć słów, żeby podziękować za tak hojny dar. Taki dywan kosztował w Turcji 150 dolarów, a ja dostałem go za darmo! Nie muszę chyba dodawać, że były to najbardziej niesamowite urodziny, jakie do tej pory przeżyłem.
Gdy większość z nas była już mocno wstawiona, udaliśmy się do domu Nuriego, w którym mieliśmy spędzić noc. W końcu ciemnej uliczki nagle dostrzegam dwóch podejrzanych typków, ukrytych w półcieniu. Jeden z nich wymachiwał sporym nożem. Odruchowo ręką sięgam po gaz. Nuri coś do nich mówi i bez przeszkód idziemy dalej. Jak na kogoś, kto ma 76 000 dolarów dochodu rocznie, nasz gospodarz mieszkał w bardzo kiepskich warunkach.
DZIEŃ 26
Erzurum - SivasRano wyruszamy w dalszą drogę. Nuri podwozi nas na dworzec kolejowy, gdzie dowiadujemy się, że dzisiejszy, jedyny zresztą pociąg w kierunku na Istanbul został odwołany. Oficjalnym powodem były oszczędności rządowe. To się nazywa pech. Nie pozostaje nam nic innego jak skorzystać z autobusu ($ 10). Naszym celem było Divrigi, małe miasteczko położone przy trasie kolejowej z Kars do Istanbulu. Ponieważ jednak nie było żadnego bezpośredniego połączenia autobusowego, decydujemy się pojechać najpierw do Sivas, tam przenocować a dopiero następnego dnia wrócić kawałek pociągiem do Divrigi.
Nuri wprawdzie prosił, żebyśmy zostali, ale nie chcieliśmy nadużywać jego gościnności. Do Sivas przybywamy późnym wieczorem. Z dworca autobusowego, położonego dość daleko od centrum, udajemy się wprost na dworzec kolejowy. Kierowca miejskiego autobusu chyba zboczył trochę z kursu, żeby nas podwieźć pod sam budynek, bo ludzie z tyłu pojazdu najwyraźniej zaczęli się buntować.
Postanowiliśmy spędzić noc w poczekalni na dworcu. Było już późno a pociąg do Divringi odjeżdżał wcześnie rano, więc stwierdziliśmy, że nie ma sensu szukać noclegu w pensjonacie. W nocy kontroluje nas Policja. Jeden z panów na widok napisu Polish w naszych paszportach, nabiera entuzjazmu i pyta czy my również pracujemy w Policji. Musieliśmy go trochę rozczarować.
DZIEŃ 27
Sivas - DivrigiPociąg oczywiście się spóźnił. Jedyne pięć godzin. Na pocieszenie, pracownicy dworca częstują nas na śniadanie herbatą i smacznym plackiem. Wymieniamy uwagi profesjonalistów na temat parzenia herbaty. Turcy z uznaniem kiwają głową. Trzy tygodnie w kraju, gdzie herbata otaczana jest większym szacunkiem niż w Anglii, robią swoje.
Trasa pociągu wiedzie w malowniczej, górzystej scenerii. Co chwilę wjeżdżamy w tunel. Pomysł zwiedzenia Divrigi przyszedł od Słoweńców. Jest to miejscowość położona z daleka od szlaków turystycznych i trochę przez to niedoceniana. Przez cały dzień nie spotykamy żadnego turysty. Spokojnie, cicho, nie ma żadnych handlarzy próbujących wcisnąć ci swój towar. Divrigi stanowi doskonałe miejsce na jednodniowy odpoczynek w drodze powrotnej do Istanbulu. Wąskie brukowane uliczki w centrum miasteczka pną się pod górę. Cienia dostarcza puszczona pomiędzy domami winorośl.
Nocleg znajdujemy w hotelu Belediye Otel. Za 800 000 lirów tureckich ($ 5,33) dostajemy jak dotychczas najlepszy pokój z łazienką, balkonem i widokiem na góry. Prawdziwą atrakcją Divrigi jest Ulu Camii, niezwykle rzeźbiony meczet w stylu seldżuckim. Wymyślne ornamenty i rzeźby pokrywają cały budynek. Trochę przypominało mi to europejski barok, tyle że bez wyobrażeń ludzi i zwierząt.. Efekt niesamowity.
Wracając powoli do hotelu, pod bramą meczetu zobaczyliśmy coś, co na moment odebrało nam mowę. Powodem naszej reakcji był maluch na krakowskiej rejestracji, w dodatku z przyczepką . Właściciele, małżeństwo z Krakowa, pojawili się chwilę później i tak samo jak my bardzo byli zdziwili tym spotkaniem. Żeby było ciekawiej okazało się, że nie mieli wizy tureckiej. Przy wjeździe wmówili urzędnikowi, że Polacy jej nie potrzebują. Zaoszczędzili $ 20 ale prawdopodobnie będą mieli poważne problemy przy wyjeździe.
Następnego dnia wsiadamy do pociągu udającego się do azjatyckiej części Istanbulu. Podróż trwa ponad 24 godziny, wszystkie związane z tym niewygody wynagradzane są widokami z okien.
W tym miejscu kończę moją relację. Powrót do Istanbulu, a stamtąd autobusem do kraju odbył się bez większych przygód. W Istanbule spędziliśmy jeszcze trzy dni zwiedzając wszystko to, czego nie zdążyliśmy zobaczyć podczas pierwszej wizyty. Niestety, w międzyczasie liczba turystów znacząco wzrosła a i ceny noclegów poszły w górę.
Z ciężkim sercem rozstajemy się z krajem, w którym przeżyliśmy tyle ciekawych przygód i postanawiamy na pewno jeszcze kiedyś wrócić do çok güzel Turcji.
Napisz, jeżeli masz jakieś uwagi, komentarze, pytania. Będę niezmiernie wdzięczny.
Do zobaczenia w Turcji
Bartek KozłowskiP.S. Już za kilka miesięcy sprawozdanie z wyprawy do Indii drogą lądową, o ile uda mi się najpierw wrócić. :-)
Poprzednia część<
Dzień
1 - 5
(Wrocław - Kraków - Satu Mare - Bukareszt -Stambuł - Bursa)
6 - 10
(Bursa - Bergama [Pergamon] - Izmir - Selçuk - Efez - Pamucak - Pamukkale)
11 - 15
(Fethiye - Antalya - Anamur)
16 - 20
(Mersin - Kayseri -Góreme - Derinkuyu - Ihlara - Zelve - Ortahisar)
21+
(Kayseri - Malatya - Nemrut Dagi - Van - Erzurum - Sivas - Divrigi - Stambuł - Polska)
INNE STRONY TURYSTYCZNE O TURCJI
Tekst: Bartosz Kozłowski c. 1998
thorrinx@magic.ic.com.pl
Fotografie: Bartosz Kozłowski & Katarzyna Matczyszyn c. 1997