TURCJA. OPOWIEŚCI Z PODRÓŻY.

CZĘŚĆ 4
DZIEŃ 16 - 20

DZIEŃ 16
Anamur - Mersin - Kayseri

Wprost spod kempingu próbujemy złapać stopa do Mersin, gdzie mieliśmy nadzieję wsiąść do pociągu do położonego w centralnej Turcji Kayseri. Po kilkunastu minutach zatrzymał się samochód z dwoma Kurdami w środku. Bardzo mili panowie, gdyby nie fakt, że górskie serpentyny pokonywali z 120 na liczniku. Nie trzeba było długo czekać aż poczuliśmy się naprawdę niedobrze. Raz po raz zdziwieni Kurdowie musieli się zatrzymywać, żebyśmy mogli zwrócić zawartość naszych żołądków.

Starając się wynagrodzić nam tą szaleńczą jazdę, zafundowali nam wystawny obiad za 2 miliony lirów tureckich, którego oczywiście nawet nie spróbowaliśmy. Starałem się wytłumaczyć im na migi, że Polonya jest płaska a Türkiye jest górzyste i stąd nasze zachowanie. W końcu chyba zrozumieli i nie potraktowali naszej odmowy jedzenia jako zniewagi.

Kurdowie byli tak mili, że podwieźli nas pod sam dworzec w Mersin. Na dworcu okazało się, że pociąg do Kayseri odjeżdża nie z Mersin, a z oddalonego o godzinę jazdy pociągiem Yeniçe. W okolicy kręciło się sporo mężczyzn w tradycyjnych spodniach z rozporkiem na wysokości kolan. Wyglądało to dość komicznie. Czekając na przyjazd pociągu, poznaliśmy dwie Turczynki, które zaoferowały nam najpierw pomoc jako tłumaczki, a później nocleg u swojej rodziny w Kayseri. Po zaledwie dwóch tygodniach w Turcji nie zdziwiło mnie to ani trochę. Klimatyzowany wagon, którym jechaliśmy z Mersin do Yeniçe, miał w oknach dziury po serii z automatu.

 

DZIEŃ 17
Kayseri

Do Kayseri dotarliśmy o godzinie 2 w nocy. Na dworzec wyjechał ojciec poznanych Turczynek. Ledwo mieszcząc się w samochodzie pojechaliśmy do miejscowości Hisarcik koło Kayseri, położonej na drodze do Erciyes Dagi, wiecznie pokrytego śniegiem wygasłego wulkanu. Mimo późnej pory powitała nas cała rodzina. Poczęstowali nas tureckim çay i zaoferowali najlepszy pokój w domu.

Rano na śniadanie dostaliśmy odmianę pide. Wyglądało i smakowało to trochę jak nadziewane serem, cebulą i mięsem paluchy. Swoją drogą - palce lizać. Odwiedziliśmy sąsiadów naszych gospodarzy, którzy właśnie przyrządzali w wielkiej ustawionej nad paleniskiem kadzi substancję, którą okreśłili mianem sera. Wraz z głową rodziny sąsiadów, Turkiem który pracował w Niemczech i jeździł Mercedesem, pojechaliśmy do centrum Kayseri, skąd zaczęliśmy zwiedzanie.

Obejrzenie najciekawszych zabytków w Kayseri zajęło nam zaledwie 2-3 godziny, resztę czasu do wieczora spędziliśmy na wałęsaniu się i po prostu obserwowaniu życia dookoła nas. W jednym z meczetów zostaliśmy zaskoczeni brakiem charakterystycznych tureckich dywanów na posadzce. Jak się dowiedzieliśmy, zostały one sprzedane a pieniądze przeznaczone na budowę wielkiego meczetu w Turkmenistanie, w darze od narodu tureckiego.

Oglądając stary karawanseraj, czyli dawny motel dla karawan, w którym obecnie handluje się owczą wełną, zostaliśmy zaczepieni przez młodego Turka. Przedstawił się jako Celal, a zagadnął nas ponieważ usłyszał, że mówiliśmy po polsku. Wyjaśnił że, już wcześniej spotkał Polaków a nawet nocował ich u siebie w domu. Jak się okazało rodacy wybierali się wtedy na górę Erciyes i zamierzali spędzić noc w parku, bo nie mogli sobie pozwolić na hotel. Celal zaprosił ich do siebie i tak nawiązała się znajomość. Wraz z poznanym Turkiem poszliśmy do sklepu z dywanami jego wujka. Opowiedział nam o rodzajach kilimów i dywanów, na co zwracać uwagę przy kupnie, ile można zapłacić za dany rodzaj. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie że starym, osmańskim dywanem z jedwabiu za $ 42 000 w tle. Muszę przyznać, że wszystkie te wzorzyste i kolorowe, tureckie, irańskie i kurdyjskie dywany wprost zaczarowały mnie i już wtedy postanowiłem sobie, że nie wyjadę z Turcji bez chociażby jednego, małego dywaniku. Jak powiadał Celal - Kayseri jest najlepszym i najtańszym miejscem dla kupna dywanu. W tym mieście zaopatrują się hurtownicy, którzy z dużym narzutem odsprzedają towar w miejscach odwiedzanych przez turystów. Tą opinię potwierdziło jeszcze kilku innych znawców. Ja jednak postanowiłem jeszcze trochę poczekać z zakupem, i słusznie.

W sklepie z dywanami, Kayseri

Wieczorem, wróciliśmy do Hisarcik, gdzie czekał już na nas wspaniały obiad. Jedliśmy go na dachu, siedząc oczywiście po turecku. Na wielkiej tacy rozłożone były rozmaite dania, z których najciekawsze to kwiaty dyni nadziewane ryżem w sosie pomidorowym. Jadło się łyżką, z jednego talerza. Zauważyłem, że ojciec naszych Turczynek zajada się małymi, zielonymi papryczkami. Postanowiłem i ja spróbować. Natychmiast po pierwszym kęsie pożałowałem. Trzeba przyznać, że lubię ostre potrawy i w domu jem rzeczy, których nikt inny normalnie nie jest w stanie przełknąć. Tymczasem, łyżka świeżo zmielonego pieprzu to cukier w porównaniu z tą diabelską papryczką. Litr wody, który po tym wypiłem, tylko pogorszył sprawę.

Po zmroku cała rodzina udała się do parku, gdzie do późna rozmawialiśmy popijając çay. Zostałem obdarowany breloczkiem z turecką flagą i kasetami z tradycyjną muzyką. Turczynki zgodnie orzekły, że jestem podobny do jakiejś tureckiej osobistości.

 

DZIEŃ 18
Kayseri-Göreme

Po serdecznym pożegnaniu wyruszamy autobusem ($ 2,70)do leżącej w sercu Kapadocji wioski Góreme. Widok dziwacznych, wysokich, często przykrytych u góry głazami, ostańców sprawia niesamowite wrażenie. Czułem się jakbym wjeżdżał autobusem na powierzchnię innej planety. Pod żadnym pozorem nie dajcie się skusić widokami i powstrzymajcie się od robienia zdjęć z okien autobusu. To co można zobaczyć później jest jeszcze piękniejsze i jeszcze bardziej niesamowite!

Na miejscu szybko odnaleźliśmy tani kemping "Berlin" ($2), położony wśród dziwacznych kopców, w cieniu drzewek owocowych. Kilkaset metrów dalej przy szosie w kierunku na odkryte muzeum znajduje się inny kemping, jeszcze tańszy i dodatkowo wyposażony w basen. Zamożniejsi mogą spróbować noclegu w jednym z wielu hoteli z pokojami wykutymi wprost w miękkiej skale kapadockich kominów (od $ 10 / 2 os.). Jednakże spanie pod gołym niebem w takiej scenerii jest co najmniej równie atrakcyjne.

Typowy kapadocki obrazek

Po rozbiciu namiotu udajemy się na zwiedzanie okolicznych dolinek ocienionych gigantycznymi ostańcami. Dziwaczne skały kształtem przypominają kominy, kamienne wigwamy, stożki, bajkowe zamki. Jedną z pobliskich dolinek nazwano Doliną Kochanków, za pewne z racji fallusowatych kształtów występujących tam skał. Dodatkową atrakcję stanowi możliwość myszkowania po licznych w tej okolicy starożytnych domach, wydrążonych często na wysokości kilkunastu metrów nad ziemią, w miękkim tufie wulkanicznym. Skalne prycze albo wykute w ścianie paleniska wskazywały na przeznaczenie poszczególnych pomieszczeń.

Wspinając się po zboczach jednej z dolin napotykamy na wykuty w skale bizantyjski kościółek. W środku znajdowały się w dużym stopniu nietknięte, kolorowe freski przedstawiające Chrystusa i świętych. Mogły mieć ponad tysiąc lat. Znacznie więcej bizantyjskich kościołów i kapliczek zobaczyć można w muzeum w Góreme (1$), które obejmuje cały kompleks klasztorny. Szkoda tylko, że postacie z fresków pozbawione są twarzy. Nie podobało się to zapewne islamskim najeźdźcom. Niemniej, koniecznie trzeba odwiedzić.

Bizantyjskie freski w skalnej kaplicy, dolina Goreme, Kapadocja

Przechadzając się wieczorem po wiosce, wypełnionej do granic możliwości sklepami z dywanami, restauracjami i biurami podróży (w ofercie m.in. jednodniowa wycieczka objazdowa po Kapadocji z wyżywieniem i przewodnikiem - $23), po raz pierwszy od naszego wyjazdu z Polski spotkaliśmy rodaków. Byli to studenci to z Warszawy. Resztę wieczoru i spory kawałek nocy spędziliśmy w Escape Bar, zupełnie europejskiej knajpie, pominąwszy fakt, że zamiast panienki owiniętej wokół rury, podziwialiśmy panienkę wykonującą taniec brzucha. Dziewczyna wciągnęła kilka widzów do zabawy w tym jednego z Polaków. Niewątpliwą atrakcją był również maoryski taniec wojenny w wykonaniu nowozelandzkich turystów. Do namiotu wróciliśmy późno w nocy. Kapadocka gwiaździsta noc to widok, którego nie można zapomnieć. Coś pomiędzy obrazkiem z bajki a scenerią do filmu science fiction.

 

DZIEŃ 19
Góreme - Derinkuyu - Ihlara - Góreme

Obudziłem się wcześnie rano. Było jeszcze chłodno. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyłem wychylając głowę z namiotu była stara Turczynka w tradycyjnym stroju jadąca na osiołku na tle charakterystycznego komina skalnego. Przeklinałem w duchu, że nie miałem wtedy w ręku aparatu.

Tego dnia postanowiliśmy zwiedzić podziemne miasto Derinkuyu. Z Góreme jest dość daleko, a i z dojazdem nie jest łatwo. Najpierw należy udać się dolmuşem do Nevşehir, a stamtąd trzeba złapać innego dolmuşa już do Derinkuyu (odpowiednio $ 0,33 i $1). Najlepiej upewnić się pytając jakiegoś tubylca : "Dolmuş Derinkuyu nerede?" Podziemne miasto ($1) liczy sobie wiele poziomów, z czego jedynie osiem zostało odkopanych. Pod powierzchnią ziemi znajdowały się całe pomieszczenia mieszkalne, zbiorniki na wodę, spichlerze a nawet stajnie i obory. Na początku naszej ery chronili się tu pierwsi chrześcijanie. Całość była zdolna pomieścić 20 000 osób! Podobne miasto znajduje się w Kaymakli. Naukowcy szacują, że łącznie podobnych miejsc w Kapadocji może być około 30. Jak na razie odkryto jedynie dwa.
W Derinkuyu, oprócz osławionego podziemnego miasta, znajduje się jeszcze stary kościół, my jednak woleliśmy nie wydawać $1 na wstęp, zadowalając się widokiem, jaki można było uzyskać podskakując na wysokość okien.

Z Derinkuyu wybraliśmy się do wielkiego kanionu położonego nieopodal miejscowości Ihlara, a ponieważ w tym kierunku nie było praktycznie żadnego połączenia, zmuszeni byliśmy skorzystać z autostopu. Autostop w Turcji to żadna sztuka. Wystarczy po prostu iść wzdłuż drogi, a kierowcy sami się zatrzymują proponując podwiezienie. Czasem trzeba być przygotowanym na drobną odpłatność, nam jednak taka sytuacja nigdy się nie przytrafiła.
Pierwsza zatrzymała się ciężarówka. Mieliśmy szczęście, bo w tych okolicach samochód pojawiał się raz na 15 minut. Następny wehikuł, który nas podwoził, jest godny szczególnej uwagi. Był to traktor, kierowany przez góra ośmioletniego chłopca. Pod okiem ojca dziecko uczyło się jeździć, choć z ledwością obejmowało kierownicę. Traktor wlókł się niemiłosiernie, w końcu jednak dotarliśmy na miejsce.

Ściana kanionu w Ihlarze

Kanion w Ihlarze okazał się być idealnym miejscem na jednodniowy trekking. Trasa malowniczo wiedzie dnem wysokiego na kilkadziesiąt metrów, długiego na 16 kilometrów kanionu, wzdłuż górskiego potoku. W stromych ścianach kanionu wykute są liczne kościoły i starożytne mieszkania. W kilku miejscach zachowały się namalowane ochrą prymitywne ornamenty że znakiem krzyża. Zastanawiałem się jak ludzie dostawali się do pomieszczeń wykutych na wysokości dwudziestu metrów nad ziemią.

Idąc dnem kanionu, czasami trzeba przedzierać się przez krzaki, albo wspinać na zwaliska głazów. Spod stóp czmychały pokaźnej wielkości jaszczurki, raz zauważyłem jakiegoś węża. Nie znam się specjalnie na jadowitych gatunkach, dlatego przechodząc przez szczególnie podejrzliwe chaszcze, profilaktycznie kilka razy uderzałem w krzaki kijem, żeby odpędzić kryjące się potwory. Po trzech kilometrach marszu przeszliśmy na drugą stronę strumienia i wróciliśmy inną odnogą kanionu, która dla odmiany kończyła się wodospadem. U wylotu stał bileter sprzedający bilety wstępu na teren rezerwatu obejmującego kanion. Po kilku minutach bezradnych wzruszeń ramionami, mających dać do zrozumienia, że nic nie rozumiemy, Turek w końcu dał za wygraną i puścił nas wolno. Idąc dalej przez wioskę Ihlara w kierunki drogi na północ, niewątpliwie przyciągaliśmy spojrzenia miejscowych. Szczególnie przypatrywano się Kasi, która w leginsach i koszulce na ramiączkach musiała wzbudzać podobną sensację jaką wzbudziłaby nudystka w centrum europejskiego miasta. Jeden mały chłopiec poczuł się na tyle pewnie, że uszczypnął ją w pośladek!

Powrót do Göreme, oczywiście autostopem, odbył się bez większych przygód. Na obiad spróbowaliśmy potrawy pod nazwą güveç. Był to gulasz z dużą ilością rozmaitych warzyw w glinianych naczyniach przykrytych kawałkiem surowego placka. Następnie wkładało się je do pieca i wypiekało jak chleb. Polecam. Restauracja, służąca jednocześnie za piekarnię, mieści się przy targowisku.

Zachód słońca podziwialiśmy z kapadockich wzgórz, zajadając się do granic możliwości zerwanymi w jednej z dolinek słodkimi morelami.

 

DZIEŃ 20
Göreme -Zelve - Ortahisar - Göreme

Tego dnia zwiedziliśmy Zelve - skalne miasto, wyglądające z daleka trochę jak szwajcarski ser. Na miejsce dotarliśmy dolmuşem, a następnie około 3 kilometrów przeszliśmy na piechotę. W przerwie między czołganiem się w tunelu a wspinaniem stalową drabiną na wysokość, przy której lepiej nie patrzeć w dół, odpoczywaliśmy w cieniu skał. Jakieś dziecko biegało za dorosłym mężczyzną płacząc i krzyczało: "Baba! Baba!". Czyżby pomyliło ojca z matką? Jak się później dowiedziałem, baba to po turecku, tyle co po polsku tata.

Skalne miasto w Zelve, Kapadocja

W drodze powrotnej do Göreme ,jeden z miejscowych handlarzy pamiątkami zaprosił nas do siebie. Pochwalił się znajomością sześciu języków europejskich i japońskiego. Byłbym skłonny mu uwierzyć, patrząc jak radzi sobie z klientami. Pozwolił Kasi zrobić sobie zdjęcie na wielbłądzie, oczywiście za darmo. Nauczył nas również świetnej gry - tavla. Gra w nią chyba każdy dorosły Turek płci męskiej. Plansza do gry jest wymalowana na wewnętrznej stronie pudełka od dama, czyli tureckiej odmiany warcabów. Pudełko, zrobione z inkrustowanego drewna, same w sobie stanowi często małe dzieło sztuki rzemieślniczej.

Przyjaciel handlarza, siedzący na zapleczu jegomość, powiedział, że ma dziewczynę w Polsce, na dowód czego pokazał list od niej. Mówił, że odwiedza go co roku, on jednak jeszcze nigdy u niej nie był. Jak się tłumaczył, w Polsce jest dla niego za zimno. Do Göreme wróciliśmy autostopem.

Po obiedzie, wyruszyliśmy zwiedzić jeszcze Kale (zamek) w miejscowości Ortahisar, nieopodal Göreme. Kale to małe, opuszczone miasteczko wydrążone w gigantycznej, wolnostojącej skale, która w istocie z daleka przypomina trochę zamek. Warto to miejsce odwiedzić chociażby dla widoku rozpościerającego się z wierzchołka. Do i z Ortahisar jedziemy oczywiście autostopem, który w Kapadocji spisuje się znakomicie. Alternatywą może być wynajęcie skutera. Cena zaczyna się od $ 12 za osiem godzin jazdy.

 


Poprzednia część<  > Następna część
Dzień
1 - 5
(Wrocław - Kraków - Satu Mare - Bukareszt -Stambuł - Bursa)
6 - 10
(Bursa - Bergama [Pergamon] - Izmir - Selçuk - Efez - Pamucak - Pamukkale)
11 - 15
(Fethiye - Antalya - Anamur)
16  - 20
(Mersin - Kayseri -Góreme - Derinkuyu - Ihlara - Zelve - Ortahisar)
21+
(Kayseri - Malatya - Nemrut Dagi - Van - Erzurum - Sivas - Divrigi - Stambuł - Polska)

 

INNE STRONY TURYSTYCZNE O TURCJI


Tekst: Bartosz Kozłowski c. 1998
thorrinx@magic.ic.com.pl
Fotografie: Bartosz Kozłowski & Katarzyna Matczyszyn c. 1997