TURCJA. OPOWIEŚCI Z PODRÓŻY.

CZĘŚĆ 3
DZIEŃ 11 - 15

DZIEŃ 11
Pamukkale - Fethiye

Nazajutrz pojechaliśmy autobusem do Fethiye, małego miasteczka turystycznego położonego nad Akdeniz czyli Morzem Śródziemnym. Podróż była długa, ale za to widoki z okien zachwycające. Po raz pierwszy ujrzeliśmy tureckie góry, bardzo różniące się od wilgotnych, zalesionych polskich gór, chociaż i takie można znaleźć na północy Turcji. Półpustynny krajobraz urozmaicały z rzadka tylko drzewa.

W Fethiye byliśmy dopiero późnym popołudniem. Po dość długich poszukiwaniach znaleźliśmy nocleg w pensjonacie położonym przy głównej ulicy rozrywkowej, czego przez dwie następne noce szczerze żałowaliśmy.

Tego dnia mieliśmy pierwszą nieprzyjemną przygodę finansową. Przy wymianie studolarowego czeku podróżniczego w banku, kasjerka pobrała prowizję w wysokości miliona lirów czyli prawie $7 ! Daliśmy się nabrać tylko dlatego, że kobieta w okienku zapytana o wysokość prowizji odpowiedziała po angielsku "one hundred turkish lira", będąc święcie przekonana, że oznacza to milion. Od tamtej pory nie wymienialiśmy już nigdy pieniędzy ani czeków w bankach. Najlepsze kursy dla gotówki są w sklepach z biżuterią, natomiast dla czeków w państwowych kantorach przy większych atrakcjach turystycznych. Kurs dla czeków podróżniczych w takich miejscach był nieco wyższy od gotówkowego, co jednak po potrąceniu 0,5% prowizji trochę się niwelowało.

Grobowce likijskie w Fethiye

Przed zachodem słońca zdążyliśmy jeszcze zwiedzić wykute wysoko w pionowych skałach grobowce likijskie, amfiteatr zbudowany z czerwonego piaskowca, oraz resztki twierdzy na wzgórzu. Droga do twierdzy prowadziła przez podmiejskie slumsy. Małe, skromne chatki z rynsztokiem wprost pod oknem i prawie wszystkie z antenami satelitarnymi na dachach. Z góry rozpościerał się wspaniały widok na zatokę i schodzące wprost do morza góry. Przed snem zrobiliśmy sobie jeszcze spacer po przystani jachtowej.

 

DZIEŃ 12
Fethiye

Tego dnia szarpnęliśmy się na rejs po 12 wyspach, gorąco zresztą polecany przez Lonely Planet. Kosztowało nas to równowartość $10 od osoby wliczając pyszny obiad, ale warte było każdego lira. Trasa rejsu wije się pomiędzy kilkunastoma wyspami, w zapierającej dech scenerii. Liczne zatoczki, wysepki, fale rozbijające się o schodzące stromo do morza góry i samo lazurowe, czyste morze. Prawdziwą atrakcją tego rejsu poza widokami, były postoje przy wysepkach, podczas których można było skakać z wysokiej burty statku wprost do morza. Dno widać było doskonale, jakby zaledwie na wyciągnięcie ręki, mimo że faktycznie oddalone było o 5-6 metrów. Bardzo żałowałem, że nie miałem że sobą maski. Podczas jednego z takich postojów kąpaliśmy się w zatopionych do połowy ruinach antycznego miasta.

W czasie rejsu można było się wykąpać w takiej oto scenerii

 

DZIEŃ 13
Fethiye-Antalya

Antalya to duże, ruchliwe i hałaśliwe miasto. Jako miejscowość w dużej mierze nastawiona na zachodnich turystów nie jest również tutaj tanio. Antalya, sama w sobie, nie jest miejscem, gdzie warto spędzić dłużej niż jeden dzień ale stanowi doskonałą bazę wypadową do licznych w okolicy atrakcji zabytkowych i krajobrazowych. Po wyjściu z klimatyzowanego autokaru fala gorąca dosłownie nas poraziła.

Pierwszą rzeczą po przybyciu na nowe miejsce jest oczywiście znalezienie noclegu. Zwlekanie z tym do wieczora wydaje się być pozbawione sensu, chociażby dlatego, że cena za pokój może gwałtownie wzrosnąć. Bynajmniej nie dlatego, że w ciągu dnia zainstalowano w pokoju klimatyzację i telewizję satelitarną, ale dlatego, że właściciel wie, że noc się zbliża a ty nie masz gdzie spać.

Po przybyciu do odrestaurowanego centrum historycznego Antalayi, którego nazwa po polsku brzmiałaby W Twierdzy, znalezienie noclegu nie stanowi większego problemu. Problemem jest natomiast cena noclegów w tej okolicy. Po dość zaciętych poszukiwaniach znaleźliśmy pokój za 10$ nad ruchliwą restauracją. Miejsce pozostawiało wiele do życzenia, biorąc pod uwagę cenę. Jedynym plusem był fakt, że nocowaliśmy w prawdziwym, starym osmańskim domu. Sufit zdobiły jakieś dziwaczne, drewniane kasetony. Trzeba tutaj jednak dodać, że za podobną cenę można było znaleźć nocleg w o wiele lepszych warunkach, jak dowiedzieliśmy się od napotkanych rodaków.

Zabytki Anatayi skupiają się wokół wybudowanego jeszcze przez Rzymian portu. Do najciekawszych budowli należą, oprócz wspomnianego portu, seldżucki Żłobiony Minaret oraz coś co o ile dobrze pamiętam nazywa się Ucięty Minaret i tak też wygląda. Jedna rada: jeżeli jesteś dziewczyną a jakiś umorusany chłopiec wręcza ci wymiętolony kwiatek, który trzy sekundy wcześniej zerwał z krzaka, pod żadnym pozorem nie przyjmuj go. Kilkakrotnie byłem świadkiem takiego manewru i nie chodzi tu bynajmniej o okazanie uczucia, a o wyłudzenie pieniędzy. Zaraz po wręczeniu kwiatka chłopiec zaczyna intonować : "Money! Money!" i trzeba wtedy dużo cierpliwości, żeby zbyć natręta nie płacąc wcześniej bakszyszu.

Żłobiony Minaret w Antalyi

Zachód słońca koniecznie trzeba spędzić spacerując po nadmorskim, wysadzanym palmami parku. Po drugiej stronie zatoki majaczą powoli tonące w mroku wysokie góry. Przez chwilę można się poczuć jak w luksusowym kurorcie na tropikalnych wyspach. Po zmierzchu centrum historyczne, w którego wąskich i wijących się uliczkach można się łatwo zgubić, nabiera jakiegoś bajkowego blasku. Do późnych godzin otwarte są liczne sklepy z wyrobami z porcelany, biżuterią i dywanami, restauracje i herbaciarnie a ulice wprost tętnią życiem. Siedząc na portowym falochronie i popijając piwo, oczywiście z puszki, obserwowałem odbijający się w morzu księżyc w pełni. Jeżeli wpatrywać się intensywnie w falującą taflę wody, po pewnym czasie ma się złudzenie, że rozlewające się na wodzie płynne srebro podnosi się coraz wyżej i wyżej. Po powrocie do hotelu zapach przypalonego köfte z sąsiadującej restauracji długo nie pozwalał mi zasnąć.

 

DZIEŃ 14
Antalya - Anamur

Do Anamuru, najbardziej na południe wysuniętego fragmentu Riwiery Tureckiej, można dostać się autobusem, kursującym do Adany lub Mersin. Droga praktycznie cały czas wiedzie wzdłuż wybrzeża, miejscami wijąc się serpentynami w górę i w dół górskiego stoku. Siedzenie po lewej stronie, zaraz przy oknie, to rozrywka tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Momentami nie widać było nawet urwiska poniżej, tylko rozpościerające się kilkaset metrów niżej bezkresne lazurowe morze.

Poprosiliśmy kierowcę, żeby nas wysadził siedem kilometrów przed Anamurem, nieopodal ruin grecko-bizantyjskiego Anamurionu. Jest to jedno z niewielu antycznych miast, które zachowały się w tak dobrym stanie, pomimo licznych wojen, grabieży i trzęsień ziemi. Kościoły, pałace, domy mieszkalne pozbawione są wprawdzie w większości sklepień, ale nadal z łatwością można było odgadnąć przeznaczenie tych budowli. W niektórych domach przetrwały nawet w fragmentach mozaiki podłogowe. Nad opuszczonym wiele setek lat temu miastem góruje wspaniale zachowany akwedukt.

Dodatkową atrakcją tego miejsca jest pobliska żwirowa plaża. Aby popluskać się trochę w morzu, udaliśmy się jednak na odosobnione skały, nie chciałem bowiem wzbudzać nadmiernej sensacji moją odblaskową karnacją. Podczas kąpieli nastąpiłem na jeżowca, co nie należy do najprzyjemniejszych przeżyć. W podobnych wypadkach trzeba dokładnie wydłubać igły że skóry, bo w przeciwnym razie może dojść do infekcji.

Do kempingu, gdzie zdecydowaliśmy się nocować podwiozła nas starsza para. Byli to Amerykanie na stałe mieszkający w Turcji, w Tarsusie. Starszy pan okazał się być z pochodzenia Niemcem i to z naszych rodzinnych okolic. Przed wojną mieszkał w Strzelinie pod Wrocławiem, a później w Bolkowie. Mimo że, musieli nadkładać drogi, zawieźli nas wprost pod bramę kempingu, oddalonego o około siedem kilometrów od Anamuru.

Noc na kempingu kosztowała nas, po kilku minutach targowania, $3,30. Ledwie zdołaliśmy rozbić namiot, a już podeszły do nas dzieci ofiarując na przywitanie zimny sok brzoskwiniowy. Prawdę mówiąc zakładaliśmy się, ile czasu upłynie zanim ktoś nas poczęstuje lub zaprosi do swojego namiotu. Przed zachodem słońca kąpiemy się na czystej, piaszczystej plaży, nad którą kemping jest położony. Jemy wielkiego arbuza i oglądamy księżyc w pełni.

 

DZIEŃ 15
Anamur

Rano Turcy z sąsiedniego namiotu częstują nas dziwnym, wypiekanym na czymś w rodzaju wypukłej patelni plackiem. Robimy drobne zakupy na śniadanie i wyruszamy piechotą do oddalonego o 3 km Mamure Kalesi, zamku który pamięta jeszcze czasy wypraw krzyżowych. Dzięki temu, że był praktycznie w ciągłym użyciu, zachował się w dość dobrym stanie.

O potężne wchodzące wprost do morza mury obronne rozbijają się wściekle fale. Spacer po wysokich blankach jest trochę niebezpieczny, ale na pewno interesujący. Warto również wspiąć się na znajdującą się zaraz przy głównym wejściu basztę.

Zamek Mamure Kalesi w Anamurze

Po powrocie na kemping, resztę dnia spędzamy na plaży, leżąc pod drewnianymi parasolami. Opalanie w takim słońcu postanowiłem pozostawić odważnym. Kilkunastometrowy odcinek między leżakiem a morzem trzeba było pokonać biegiem, żeby nie poparzyć stóp rozpalonym piaskiem. Woda natomiast była wprost wspaniała. Kilkadziesiąt metrów od brzegu znajdowały się małe, wystające z wody skałki, na których roiło się od krabów.

Na kolacje jemy w restauracji lahmacun (pikantna pizza z cebulą i mieloną baraniną) oraz Adana Kebap (również pikantne). Obie potrawy smakują wyśmienicie. Jakby tego było mało Turcy częstują nas pieczonym na grillu kurczakiem. Szczęśliwi i najedzeni noc spędzamy na plaży.

 


Poprzednia część<  > Następna część
Dzień
1 - 5
(Wrocław - Kraków - Satu Mare - Bukareszt -Stambuł - Bursa)
6 - 10
(Bursa - Bergama [Pergamon] - Izmir - Selçuk - Efez - Pamucak - Pamukkale)
11 - 15
(Fethiye - Antalya - Anamur)
16  - 20
(Mersin - Kayseri -Góreme - Derinkuyu - Ihlara - Zelve - Ortahisar)
21+
(Kayseri - Malatya - Nemrut Dagi - Van - Erzurum - Sivas - Divrigi - Stambuł - Polska)

 

INNE STRONY TURYSTYCZNE O TURCJI


Tekst: Bartosz Kozłowski c. 1998
thorrinx@magic.ic.com.pl
Fotografie: Bartosz Kozłowski & Katarzyna Matczyszyn c. 1997