![]()
TURCJA. OPOWIEŚCI Z PODRÓŻY.
CZĘŚĆ 2
DZIEŃ 6 - 10
DZIEŃ 6
BursaCały dzień intensywnie zwiedzaliśmy liczne zabytki Bursy. Największe wrażenie zrobiły na nas meczety a spośród nich sławny Yeşil Camii (Zielony Meczet) wraz z przylegającym grobowcem Yeşil Türbe oraz położony w centrum Ulu Camii czyli Wielki Meczet. W rzeczy samej, nie był mały.
Właśnie tego dnia po raz pierwszy weszliśmy do środka muzułmańskiej świątyni. Wrażenie niesamowite. W niczym nie przypomina to chrześcijańskich kościołów. Ściany wyłożone kafelkami ozdobionymi geometrycznymi i roślinnymi ornamentami, nisko zawieszone gigantyczne żyrandole, które sprawiają, że sklepienie wydaje się niższe i przez co, jak wyjaśnił nasz turecki znajomy, modlący się czują się bliżej Boga. Wielkie, kaligrafowane napisy w języku arabskim zastępują tutaj obrazy, a brak rzeźb przedstawiających ludzi i zwierząt znakomicie rekompensowany jest architektonicznym majstersztykiem. Kierunek na Mekkę wyznacza wbudowany w ścianę meczetu mihrab.
Meczet Ulu Camii w Bursie (nawiasem mówiąc jest to dość często nadawana meczetom nazwa), mimo że stosunkowo niedawno wybudowany, jest warty odwiedzenia. W samym środku meczetu, oświetlona promieniami słońca, które padając przez okna zdają się skupiać właśnie w tym miejscu, stoi marmurowa fontanna. Nie jest to co prawda zwykła fontanna. Używana była ( teraz stanowi jedynie dekorację) do rytualnych oblucji poprzedzających modlitwę, bardzo zresztą skomplikowanych. Zazwyczaj kraniki do oblucji umieszczone są na zewnątrz meczetu, wpuszczone w ścianę budynku albo w specjalnie wybudowanych do tego celu okrągłych "altankach".
W Ulu Camii spędziliśmy prawie godzinę po prostu siedząc, patrząc i chłonąc atmosferę tego niezwykłego miejsca. Po wzorzystych, kolorowych i miękkich (oczywiście tureckich) dywanach biegają radosne dzieci, które na nasz widok zatrzymywały się i długo przypatrywały jakby ujrzały gości z innej planety. Te starsze i bardziej wykształcone pytały raz po raz "How are you?, What's your name?, Where are you from?". Grzecznie odpowiadaliśmy, jednak repertuar naszych rozmówców ograniczał się do tych kilku zaledwie słów po angielsku. Poznaliśmy również rodzinę z Malatyi, która po kilku minutach znajomości zaprosiła nas do siebie do domu. Wtedy jednak nie przewidywaliśmy, że pojedziemy dalej na wschód niż do Kapadocji.
Odwiedzając meczet trzeba pamiętać, żeby swoim zachowaniem i ubiorem nie obrażać uczuć religijnych modlących się. Należy mięć zakryte nogi do kostek, oraz ramiona po łokcie. Kobiety powinny również założyć na głowę chustę. Buty trzeba zdjąć przed wejściem do środka. Przechodzenie przed modlącym się człowiekiem jest oznaką braku wychowania. Jeżeli nie masz przy sobie odpowiedniego ubioru możesz go nieodpłatnie wypożyczyć przed wejściem do meczetu. Jeszcze jedna dobra rada: natrętni turyści są szczególnie niemile widziani podczas piątkowych modlitw, czego doświadczyliśmy na własnej skórze.
Oprócz meczetów w Bursie można zobaczyć ciekawe Muzeum Etnograficzne, gdzie kustosze zaprosili nas na çay czyli turecką herbatę w maleńkich szklaneczkach. Jeden z nich przyznał się skromnie, że wypija takich dwadzieścia dziennie (mój rekord dziewięć i później nie mogłem zasnąć). Turecka nazwa dla szklanki brzmi, jak się później dowiedziałem - bardak, co wymawia się bardzo podobnie jak Bartek (moje imię ) , dlatego ilekroć się przedstawiałem Turcy najpierw robili oczy, a potem głupkowato się uśmiechali. Jeszcze ciekawiej robiło się gdy po mnie przedstawiała się moja towarzyszka - Kasia (podobne w wymowie do kaça) . "Vu bardak kaça?" znaczy tyle co : ile kosztuje szklanka? Bardzo śmieszne. Rozmowa prowadzona z kustoszami, z których jeden mówił słabo po angielsku, drugi podobnie po niemiecku, a trzeci całkiem żwawo po rosyjsku była bardzo pouczająca, tylko niewiele z niej w końcu zrozumiałem.
Co jeszcze warto zobaczyć: Emir Sultan Camii (meczet) oraz kompleks Muradiye (meczet i grobowce sułtańskie) i jeszcze kolorowy bazar Bedestan, który nocą opanowywany jest przez stada zdziczałych kotów Co warto zjeść: osławiony Iskender Kebap, inaczej Bursa Kebap czyli podsmażane grzanki, posypane ścinkami mięsa ze specjalnego obrotowego grilla, oblane lekko pikantnym aromatycznym sosem pomidorowym, koniecznie z topionym masłem, podawane z czymś w rodzaju delikatnego twarożku i sałatką ($ 2). Do popicia schłodzony ayran (taki kefir z wodą i solą , doskonale gasi pragnienie - $ 0,30). W tej chwili zrobiłem się autentycznie głodny od samego opisu, a wspomnienie smaku Iskender Kebapu zaczęło mnie torturować. Trzeba także skosztować brzoskwiń (şeftali), najlepiej od razu kilogram (0,70$), które właśnie w okolicach Bursy są podobno najsmaczniejsze jak Turcja długa i szeroka, ale raczej długa.
Wieczorem poszliśmy z poznanymi poprzedniego dnia Turkami na kolację zakrapianą raki. Restauracja mieściła się na świeżym powietrzu, na wąskiej uliczce, na której właściwie znajdowały się tylko restauracje. W nocy zrobiło się całkiem wesoło. Podobnie jak to się dzieje w Polsce, chodząc od stolika do stolika grali Cyganie, o których Turcy wypowiadali się zresztą podobnie jak Polacy. " Gypsies are Gypsies, everywhere." skwitował Kadir Genç, jeden z "naszych" Turków. Jego nazwisko znaczy dosłownie po przetłumaczeniu: Zdolny Młodzieniec (a miał koło czterdziestki). Muzyka tureckich Cyganów nie przypomina muzyki ich europejskich odpowiedników. Bardziej kojarzy mi się z turecką muzyką ludową, ale to tylko opinia laika.
Wracając do raki, przeźroczystej wódki z winogron, przypomina w smaku anyżkowy likier, niezbyt zresztą dobry, ale za to mocny. Turcy rozrabiają raki pół na pół z lodowatą wodą. Podczas mieszania, roztwór robi się prawie idealnie ... biały! Dlatego też jest to właściwie jedyny alkohol jaki muzułmanie mogą pić (jak się tłumaczą po kilku głębszych - Allah nie widzi). Ku mojemu zaskoczeniu Turcy także wyznają zasadę zagrychy. Za kiszonego ogóreczka robi tu zielony, nie całkiem dojrzały melon, a za klasycznego śledzika - kawałeczki specjalnego koziego sera. Tego wieczora spróbowałem też miejscowego osiągnięcia sztuki browarniczej - Efes Pilsen. Nienajlepsze. Polecam jedynie w nagłych wypadkach.
Godny opisania jest niecny proceder praktykowany w Bursie przez cygańskich grajków. Należy unikać siadania przy stoliku jeżeli jedno lub więcej krzeseł pozostaje wolne. Obserwowałem nieszczęśników, do których stolika dosiadał się Cygan i grał głośno na lirze dosłownie kilka centymetrów od ucha biedaka zawodząc przy tym żałośnie. Grał tak długo dopóty nie dostał wymuszonej w ten okrutny sposób zapłaty. Po zainkasowaniu bakszyszu przechodził do następnego stolika. Nie było na niego twardziela.
DZIEŃ 7
Bursa - BergamaPo długiej podróży, znacznie dłużej trwającej niż wynikałoby to z odległości na mapie, znaleźliśmy się w Bergamie (6$). Starożytna nazwa Bergamy to Pergamon. Właśnie od nazwy tej miejscowości wzięła się nazwa pergamin, który to został wynaleziony przez miejscowych uczonych. Stało się to wkrótce po tym, jak miasto Aleksandria, zazdrosna o rosnące zbiory biblioteki w Pergamonie, zakazało eksportu papirusu.
Nocleg, po krótkim targowaniu znaleźliśmy w Pensiyon Berlin (8$). Zrzuciliśmy spadochrony i poszliśmy na zwiedzanie Asklepionu (0,30$) , czyli czegoś w rodzaju starożytnego sanatorium. Po drodze minęliśmy jednostkę wojskową. Tureccy żołnierze odbywali właśnie musztrę. Pogoda była jakaś dziwna. Mimo że świeciło słońce i nie widać było żadnych chmur, co jakiś czas padał drobny deszcz. Po ścieżce przechadzał się pokaźnych rozmiarów żółw. Bydle nie dało jednak się złapać.
Mieliśmy prawdziwe szczęście, gdyż w odrestaurowanych ruinach amfiteatru w Asklepionie miał odbyć się wieczorem tego dnia koncert greckich wykonawców (wstęp darmowy). Wyglądało to wszystko jak festiwal przyjaźni grecko-tureckiej, choć brzmieć to może trochę absurdalnie. Publiczności rozdane zostały flagi obu państw. Koncert został otworzony przez jakieś polityczne lub kulturalne osobistości. Tłumaczono na przemian na grecki i na turecki, była nawet telewizja. Grecka muzyka i śpiew z akcentami folklorystycznymi i to wszystko jeszcze w scenerii ruin starożytnego miasta wywarły na nas niesamowite wrażenie. Co jakiś czas, przy żywszych melodiach, przed scenę wybiegało z publiczności kilku Greków. Tańczyli coś w rodzaju Zorby, tyle że było to o wiele żwawsze i bardziej widowiskowe. Przy ostatnich utworach chyba połowa widzów wyszła na środek, żeby razem zatańczyć. Jeden Turek zapytany o trwający wiele lat konflikt na Cyprze odpowiedział, że to tylko głupia polityka i że tak naprawdę Turcy lubią wszystkie narody, nawet Greków. Koncert zakończył się dobrze po północy.
DZIEŃ 8
Bergama - IzmirNastępnego ranka wybraliśmy się na Akropol (0,70$), miejsce dla którego tak naprawdę przyjeżdża się do Bergamy. Wchodząc na górę poszliśmy najpierw na skróty, przez ciekawą uliczkę, która mogła dać wyobrażenie o tym jak wyglądała Bergama kilkaset lat temu. Droga od centrum na samą górę jest bardzo długa i męcząca, ale za to malownicza. Nie uszliśmy jednak wiele, gdyż zatrzymał się jakiś Turek i zaproponował, że nas podwiezie. Nie chciał żadnych pieniędzy. Jeździłem autostopem po Włoszech i w Szkocji, jednak właśnie w Turcji było to najłatwiejsze i prawie w ogóle nie czekaliśmy na okazję. Samochody często same się zatrzymywały. Taki to właśnie z Turków życzliwy naród.
Jako jedni z pierwszych tego dnia weszliśmy na teren wykopalisk. Śniadanie składające się z chleba (ekmek) i słonego białego sera (paynir) zjedliśmy na schodach wielkiego amfiteatru wbudowanego w naturalny sposób w zbocze góry. Można było stąd podziwiać gigantycznych rozmiarów półksiężyc i gwiazdę "wytatuowaną" na stoku pobliskiego wzgórza. Pergamoński Akropol jest naprawdę warty zobaczenia. Szczególnie interesująca jest starożytna ulica wysadzana po obu stronach majestatycznymi kolumnami toczonymi z białego marmuru.
Drogę powrotną do centrum pokonaliśmy na piechotę. Zabraliśmy z pensjonatu plecaki i pojechaliśmy do Izmiru (3,30$), który znajduje się zaledwie sto kilometrów od Bergamy. O tym mieście Turcy mówią "Beautiful Izmir". Z takim określeniem muszę niestety mocno polemizować.W nowym mieście przywitał nas straszny skwar, kupa śmieci i smród, który z szczególną natarczywością wiał od morza, poza drobnym faktem, że panował właściwie wszędzie. Z dworca autobusowego w okolice dworca kolejowego Basmane, gdzie znaleźliśmy tani nocleg w dość przyzwoitych warunkach (5,3$), dostaliśmy się za pomocą miejscowego wynalazku - dolmuş taxi. Pod nazwą tą kryje się skrzyżowanie dolmuşa, czyli zapchanego minibusa pełniącego w Turcji rolę komunikacji miejskiej i podmiejskiej, z rozklekotanym samochodem o bliżej nieokreślonej marce i dacie produkcji. Taksówka kursowała jak autobus według stałej trasy a ruszała dopiero gdy napełniła się pasażerami. Na przednim siedzeniu, obok kierowcy siedziały jeszcze dwie osoby.
Zwiedzanie Izmiru można z czystym sumieniem ograniczyć do znajdującego się w dzielnicy Konak meczetu i wieży zegarowej, której fotografia widnieje chyba na wszystkich widokówkach z tego miasta, poza tymi z napisem "Izmir by night". Po tych wszystkich wspaniałościach oprowadzał nas przygodnie poznany Turek, który zapragnął poprawić swoją znajomość angielskiego. Zabrał nas również promem na drugą stronę zatoki do centrum rozrywkowo - zakupowego Izmiru. Wszystko było niestety zamknięte, ponieważ była niedziela. Chcieliśmy, za radą Lonely Planet, wspiąć się jeszcze na mury twierdzy Kadifekale, żeby obejrzeć zachód słońca, nasz turecki przewodnik skutecznie jednak nam to wyperswadował opowiadając o "złych ludziach", którzy czają się tam po zmroku.
Wieczorem na kolację zjedliśmy pide czyli turecką pizzę. Wygląda ona i smakuje nieco inaczej niż włoski odpowiednik. Przy płaceniu rachunku dałem się klasycznie orżnąć. Zawsze, zanim jeszcze zamówi się danie w restauracji, trzeba zapytać o cenę. Innym czynnikiem, który trzeba wziąć pod uwagę, a który zwiększa prawdopodobieństwo zostania oszukanym, jest znajomość angielskiego przez kelnera. Stwierdziłem mało zaskakującą prawidłowość, że w lokantisi, gdzie kelner ledwo zna podstawowe słowa w języku angielskim lub niemieckim, albo w ogóle nie zna zachodnich języków, znacznie rzadziej próbuje się brudnych sztuczek.
DZIEŃ 9
Izmir-Selçuk (Efez, Pamucak)Z Izmiru wyruszyliśmy do Selçuk, miejscowości będącej bazą wypadową dla zwiedzania oddalonego o trzy kilometry Efezu. Blisko stąd również do Meryemana, miejsca gdzie podobno mieszkała kiedyś Matka Boska.
Za środek transportu obraliśmy tym razem pociąg (1$). Podróż w wagonie, który trząsł się energicznie do rytmu lambady była ciekawym przeżyciem. Na dworcu w Selçuk, czekała na nas już gromadka właścicieli pensjonatów i naganiaczy. W końcu wybraliśmy, dość nieszczęśliwie Pensiyon Pamukkale (8$) oddalony sporo od centrum Selçuk. Pensjonat ten został nam polecony przez Turka, z którym wypiliśmy herbatę w drodze powrotnej z pergamońskiego Akropolu. Na wieczór zamówiliśmy sobie kilkudaniową kolację, którą miała przygotować żona właściciela (2,30$ od osoby). Zostaliśmy ulgowo potraktowani jako biedni studenci z Polonyi. Płaciliśmy dwa razy mniej niż inni goście pensjonatu, Belgowie podróżujący z dziećmi. Warto się zawsze powoływać na sytuację ekonomiczną Polski, porównując ją do tureckiej, w celu zbicia ceny.
Do Efezu z Selcuk prowadzi ocieniona drzewami, długa na trzy kilometry aleja. Odcinek ten można przebyć dolmuşem, lub co wiąże się z większym wydatkiem powozem konnym. O Efezie powiem tylko tyle, że jest to najlepiej zachowane antyczne miasto w basenie Morza Śródziemnego. Mimo tłumu turystów i zabójczego upału, jest to takie miejsce, które po prostu trzeba zobaczyć, jeżeli w przyszłości chce się komuś pochwalić, że było się w Turcji. Jest to również miejsce, gdzie bez wyrzutów sumienia można zrobić kilka rolek świetnych zdjęć. Pod warunkiem, że wszędobylscy Japończycy poobwieszani kamerami i aparatami zejdą ci z kadru a ty zdołasz zrobić zdjęcie zanim przed obiektyw wpakuje ci się grupa znudzonych Amerykanów.
Z Efezu udaliśmy się jeszcze do Groty Siedmiu Braci Śpiących, pech jednak chciał, że akurat tego dnia grota była zamknięte. Pojechaliśmy za to dolmuşem do Pamucak, żeby wykąpać się w Morzu Egejskim. Piasek był tak gorący, że nie sposób było na nim stać goła stopą, nie wspominając o leżeniu. Zażywając odświeżającej kąpieli, poznaliśmy pokaźną turecką rodzinę, która przyjechała na plażę z pobliskiej wioski. Zaprosili nas na arbuza, potem poczęstowali cudownie chłodną wodą z termosu. Kasia nawet dostała w prezencie blaszany pierścionek. Jeden z Turków, prowadzący z nami konwersacje łamaną angielszczyzną, powiedział, że angielskiego nauczył się sam, z elementarza dla dzieci i że jest poetą. Na dowód tego na kawałku kartonu napisał wiersz, który jak twierdził wymyślił specjalnie dla nas, na poczekaniu. Niestety, wiersz był ewidentnie zerżnięty od jakiegoś bardziej wyedukowanego pisarza. Podejrzewam, że nasz rozmówca nawet nie rozumiał znaczenia niektórych słów, które w przypływie weny twórczej wypisał na kartonie. Liczna rodzina "poety" nie skrywała dumy z niezwykłych zdolności swojego krewniaka.
Po powrocie do Selçuk, zwiedziliśmy jeszcze starą, górującą nad miastem seldżucką twierdzę. Brama wprawdzie była zamknięta, ale prowadzeni przez dwóch głuchoniemych chłopców dostaliśmy się do środka przez urwisko. Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że chodzenie po stromych skałach w klapkach, było głupim pomysłem. Zachód słońca i widoki z murów twierdzy na góry w pełni jednak wynagrodziły podjęte ryzyko. Z minaretu położonego w środku twierdzy meczetu można było nawet zobaczyć Morze Egejskie. Po oprowadzeniu po twierdzy chłopcy zażądali bakszyszu. Zadowolili się kilkoma monetami, chociaż nie skrywali niezadowolenia. Potem dali do zrozumienia, że "interesy czekają" i uciekli.
DZIEŃ 10
Selçuk - PamukkaleDo Pamukkale (czyli Bawełniany Zamek) dostaliśmy się przez Denizli. Trasę pokonaliśmy najpierw pociągiem, a odcinek z Denizli do Pamukkale dolmuşem. W wagonie odbyłem bardzo interesującą rozmowę z głuchoniemym Turkiem. Dowiedziałem się między innymi jak ma na imię, co robił na wakacjach, jaka woda była w morzu i ile kosztuje dolmuş do Pamukkale, czyli o wiele więcej niż gdyby przyszło mi rozmawiać z w pełni sprawnym Turkiem, nie rozumiejącym angielskiego.
Po znalezieniu noclegu w motelu z basenem na skraju wioski, udaliśmy się na zwiedzanie słynnych wapiennych tarasów, które zdobią niemalże wszystkie szanujące się pocztówki z Turcji. Niestety, o ile terasy od lat stanowiły pomnik przyrody objęty ochroną, to dopiero dwa miesiące przed naszym przyjazdem zaczęto to egzekwować. Turystom udostępniono tylko niewielki, nieciekawy kawałek. Właściwe wszystkie wapienne "baseniki", w których do niedawna jeszcze można było się moczyć i chlapać do woli, zostały odgrodzone. Dla zdeterminowanych, na terenie motelu powyżej tarasów położony jest odpłatny basen, w którym można sobie popływać pośród zatopionych antycznych kolumn i rzeźb. Kosztuje to bodajże 3$ za godzinę, ale podobno można zostać dłużej, bo nikt tego później nie sprawdza.
Jak się niedługo potem dowiedzieliśmy jest jeden, sprawdzony sposób na zwiedzanie rezerwatu i kąpiel w terasach. Wystarczy przyjść wcześnie rano (7-8), kiedy nie ma jeszcze strażników i zmyć się zanim przyjdą. Inny sposób, zasłyszany od napotkanych Polaków wracających z Syrii, to podłączyć się pod polską wycieczkę autokarową, której nikt nie zdoła wytłumaczyć, że to rezerwat. Zdezorientowani strażnicy po godzinie wykłócania się, poddają się w końcu i specjalnie dla polskiej grupy udostępniają terasy. Niestety, nie mieliśmy tyle szczęścia.
Na wydzielonym dla turystów skwerku wody było w najgłębszych miejscach po kostki, nie przeszkadzało to jednak kilku starszym Rosjankom, w zażywaniu kąpieli. Zauważyłem, że na włoskach moich stóp, które moczyłem w małym strumyczku obserwując jednocześnie rosyjski folklor, powoli odkładało się wapno. Pomyślałem, że gdybym siedział tam wystarczająco długo, powiedzmy kilka tysięcy lat, stałbym się nieodłącznym elementem krajobrazu Pamukkale! Oprócz tarasów, warto jeszcze zobaczyć ruiny Hierapolis i odbudowany przez włoskich kamieniarzy amfiteatr. W tychże okolicach grasuje wiele sprzedawców "autentycznych, greckich monet, które mój brat wykopał w ruinach, ale nie mów tego nikomu".
Wracając do motelu kupiliśmy sobie po puszcze zimnego piwa, które w takim upale jaki wtedy panował, smakowało niczym boski nektar. Bardziej niż zazwyczaj. Mijając grupkę miejscowych Turków, jeden z nich zapytał ni stąd ni zowąd czy przypadkiem nie jesteśmy z Polski. Zadziwieni, jego bystrością przytaknęliśmy, na co on odpowiedział szczerze się przy tym śmiejąc, że tylko Polacy piją piwo z puszki na ulicy.
Stanowczo odradzam spędzanie nocy w Pamukkale. Tamtejsze komary, gdyby mogły wyssałyby człowieka pozostawiając tylko kości. Po kilku godzinach męczarni wreszcie udało nam się zasnąć, jednak wkrótce obudził nas hałas, który początkowo przypisywałem jakiemuś nerwowemu gryzoniowi. Jednak gdy zapaliłem światło, ujrzałem uwięzionego w worku foliowym, do którego sam zresztą wlazł, karalucha, który istotnie rozmiarem mógłby konkurować z małą myszą. Zabiłem bydlaka bez skrupułów i poszedłem dalej spać.
Poprzednia część< > Następna część
Dzień
1 - 5
(Wrocław - Kraków - Satu Mare - Bukareszt -Stambuł - Bursa)
6 - 10
(Bursa - Bergama [Pergamon] - Izmir - Selçuk - Efez - Pamucak - Pamukkale)
11 - 15
(Fethiye - Antalya - Anamur)
16 - 20
(Mersin - Kayseri -Góreme - Derinkuyu - Ihlara - Zelve - Ortahisar)
21+
(Kayseri - Malatya - Nemrut Dagi - Van - Erzurum - Sivas - Divrigi - Stambuł - Polska)
INNE STRONY TURYSTYCZNE O TURCJI
Tekst: Bartosz Kozłowski c. 1998
thorrinx@magic.ic.com.pl
Fotografie: Bartosz Kozłowski & Katarzyna Matczyszyn c. 1997