![]()
TURCJA. OPOWIEŚCI Z PODRÓŻY.
CZĘŚĆ 1
DZIEŃ 1 - 5
DZIEŃ 1 (6 VII 1997 Niedziela)
Wrocław - Kraków
Po dość burzliwych przygodach związanych z pakowaniem się i zakupami wreszcie wyruszamy w trwająca prawie trzy dni drogę do Turcji. W Polsce lało jak z cebra. Jeszcze wtedy nie mieliśmy pojęcia, że są to początki wielkiej powodzi, która z Wrocławia na kilka dni uczyniła Wenecję. Humory nie za bardzo dopisywały, niekoniecznie z powodu pogody. Jak to zwykle w bajkach bywa tuż przed wyjazdem zrezygnowały dwie osoby. Tak więc grupa zredukowała się do dwuosobowej. Jak się później okazało - nie było czego żałować! Podróżowanie we dwójkę ma wiele plusów, między innymi i przede wszystkim - mobilność.
Dla ciekawostki - w dniu naszego wyjazdu odbył się mecz koszykarski pomiędzy Turcja a Polska (ME). Szczęśliwym trafem wygraliśmy. To był chyba dobry znak.
Kilka słów o tym co warto zabrać z Polski, a właściwie czego zabierać nie należy:
Jedzenie w Turcji jest tanie, dlatego puszki można sobie darować. Garnków, patelni i butli gazowych też nie trzeba że sobą brać, o ile nie zamierza się chodzić po górach i gotować samemu. Jedzenie w tureckich lokantisi jest bardzo smaczne i porównywalne w cenie do naszego.
Namiot, śpiwór oraz karimatę też można zostawić w Polsce, gdyż w Turcji jest mnóstwo tanich pensjonatów i hoteli (średnio 6,80 $ za pokój dwuosobowy, przeważnie z WC i prysznicem), kempingi zaś nieliczne i położone z dala od centrum miast. Wyjątek stanowi Kapadocja, gdzie namiot przydaje się z racji malowniczego położenia pól namiotowych. Przydaje się również wtedy śpiwór, bo noce w Kapadocji są chłodne, nawet w środku lata.
Filmy do aparatów - poza okolicami atrakcji turystycznych są one w cenie porównywalnej albo wręcz zaskakująco niższej od polskiej. Np.: Konica 36/100 kosztowała w Stambule równowartość 7,80 zł. Płaszcze przeciwdeszczowe i ciepłe ubrania też nie mają raczej zastosowania. Jedna bluza i powiedzmy koszula flanelowa w zupełności wystarczy.
Sprężynowce, kastety, broń gazowa lub palna - odniosłem wrażenie, że Turcja to kraj pod wieloma względami bezpieczniejszy niż Polska. Poza tym mogą być problemy na granicy.
Co natomiast WARTO wziąć że sobą:
legitymacja studencka ISIC - upoważnia do korzystania z 30% zniżki na kolej, czasami również udaje się cos na nią stargować (np.: w biurach przewozowych) (koszt 16 zł)
legitymacja zniżkowa GO '25 - upoważnia do darmowego wstępu do muzeów i na wykopaliska na terenie całej Turcji . Dodatkowo posiadacz dostaje bezpłatne ubezpieczenie NNW i KL gwarantowane przez Amplico S.A. (koszt 16zl, zwraca się po jednym dniu intensywnego zwiedzania w Stambule)
przewodnik Lonely Planet "Turkey" w wersji oryginalnej. - drogi ale naprawdę warto go mieć. Nasza polska wersja LP (tłumaczenie, wydawnictwo Pascal) okazała się do bani. Niekompletna - informacje dotyczyły jedynie Stambułu, wybrzeża egejskiego i śródziemnomorskiego, nic o Kapadocji, nic nawet o stolicy - Ankarze. Przeterminowana - wprawdzie rok wydania 1996, ale informacje w niej zawarte były mocno nieaktualne, czego nieraz doświadczyliśmy na własnej skórze. W czasie naszej podróży wiele razy byliśmy zmuszeni uzupełniać wiadomości z książek LP napotkanych ludzi. (koszt ok. 70 zł)
wielofunkcyjny scyzoryk - wiadomo po co
latarka - przydaje się na kempingach oraz przy myszkowaniu w jaskiniach, pieczarach, tunelach i kominach kapadockich
saszetka na dokumenty i pieniądze do wieszania na szyi
sandały trekkingowe - ja ich nie miałem i bardzo tego żałowałem.
1 para długich spodni / długa sukienka + chusta na głowę- niezbędne przy zwiedzaniu meczetów
drobne upominki dla ludzi, którzy okazali wam bezinteresowna pomoc np.: breloczki z polskim godłem, naklejki, tego typu drobiazgi. Weźcie ich dużo, bo Turcy to naprawdę mili i pomocni ludzie.
zeszyt - przydaje się do robienia notatek jak również do prowadzenia konwersacji rebusowej, gdy ani język ani ręce nie wystarczają.
sznurek - tysiąc zastosowań , przede wszystkim do wieszania wypranych ubrań. W przypływie rozpaczy można też się na nim powiesić.
Po przyjeździe do Krakowa kupujemy bilety. Osobno na odcinek Kraków- Muszyna (ok. 9 zł) oraz już międzynarodowy Muszyna - Satu Mare w Rumunii (ok. 32 zl) Oba bilety są oczywiście na ten sam pociąg, ale kto nie kombinuje ten przepłaca. Ponieważ pociąg odchodzi o 0:21 mamy trochę czasu, żeby bezczynnie powałęsać się po dworcu.
DZIEŃ 2
Kraków - Satu Mare (Rumunia) -> BukaresztBył to zaiste dzień próby. Krótko po północy wyszliśmy na peron i oczom naszym ukazał się rumuński pociąg widmo. Cały skład miał może cztery wagony i wyglądał odstręczająco, tak też również pachniał. Nerwowo rozglądamy się czy nie ma jakichś trampów, którzy przypadkiem wybierają się właśnie do Turcji albo chociaż do Rumunii. Prawdę mówiąc cały czas na to liczyłem. Niestety, nikogo takiego nie spotkaliśmy. W końcu decydujemy się wejść do środka. Powitał nas straszny smród, jak z bezpłatnych szaletów publicznych. Mógłbym zacytować słowa rodaków, którzy z racji opóźnienia jakiegoś wcześniejszego pociągu chcieli podjechać kilka stacji "naszym", ale się wstydzę. Rodacy zrezygnowali z okazji i wysiedli zanim pociąg ruszył. My nie byliśmy w tak komfortowej sytuacji.
W całym wagonie, oprócz nas, było zaledwie kilku Polaków z czego większość to zatwardziali handlarze. Było kilku Rumunów. Cala reszta to rumuńscy Cyganie. Chyba byliśmy zaszczyceni obecnością jakiejś ważnej cygańskiej osobistości. Facet wyglądał jak Don Corleone, ale strasznie chrapał. Kibel w tym pociągu zasługuje na osobną historię, choć stanowczo odradzałbym wysłuchiwanie jej w czasie spożywania posiłku bądź po sutym obiedzie. Dla niedowiarków - mam zdjęcie! Od tamtego czasu naprawdę przychylniejszym okiem patrzę na nasze PKP.
Nad ranem mijamy polsko - słowacką granice. Z okien pociągu widać jak opadające mgły powoli odsłaniają górski krajobraz. Przejazd przez Słowację zgodnie z oczekiwaniami odbył się bez większych incydentów. Natomiast Ukraina dostarczyła nam gorących przeżyć. A zanosiło się tak niewinnie. Najpierw tuż za granica słowacką, wszedł do przedziału ukraiński celnik i zapytał o dewizy. Odpowiedziałem zgodnie z prawda, zresztą za rada kolegów z listy internetowej tramp. Celnik nie wspominał o żadnej deklaracji. Ucieszeni, że nic od nas nie chcą, że spokojem nieświadomych obserwowaliśmy wolno przesuwający się ukraiński krajobraz. Mówiąc wolno naprawdę mam na myśli wolno. Podejrzewam, że staruszek na rowerze by nas z łatwością wyprzedził. Przed granicą z Rumunią znowu zawitali do nas celnicy, tym razem w liczbie pięciu. Trzeba tutaj dodać, że wcześniej naczytałem się na liście dyskusyjnej o incydentach z udziałem towarzyszy z Ukrainy, tak wiec byłem już podbudowany, niekoniecznie pozytywnie. To znaczy, zacząłem się obawiać najgorszego. Oto uproszczony i spolszczony fragment rozmowy jaka między nami się wtedy odbyła:
- Ile macie dolarów, marek? - pyta jeden z celników, na co ja odpowiadam, ponownie, zgodnie z prawda.
- Pokazać! - Potulnie wyjęliśmy całą kasę z najdziwniejszych zakamarków i przeliczyliśmy na ich oczach.
Zadaje jeszcze kilka pytań z rodzaju "gdzie i po co" oraz "czy na handel" po czym mówi:
- Wy nas oszukaliście. Mówiliście mojemu koledze, że macie mniej. - Oczywiście robimy wielkie gały i powoli dociera do mnie, wypisane wielkimi czarnymi literami: "My chcemy łapówę!". Na całe szczęście była to tylko moja chora wyobraźnia. Na pożegnanie jeden z celników rzuca jeszcze, że mogą być bolsze problemy, ale więcej ich nie zobaczyliśmy. Uffff! Z ulgą witamy rumuńską ziemię.
W Satu Mare wysiadamy o 16 wschodnioeuropejskiego czasu. Zegarek trzeba było przestawić o godzinę do przodu już na Ukrainie. Z dworca, kierowani wskazówkami miejscowych udajemy się do oddalonego jakieś 2 km kantoru w hotelu "Dacia", gdzie wymieniamy 15 $ na bilety i ewentualne, nieprzewidziane wydatki. Pani bardzo uważnie przyglądała się każdemu papierkowi z osobna, w końcu odmówiła przyjęcia banknotu 1$. Może był podrobiony? Kurs był raczej w porządku porównując cenę skupu do ceny sprzedaży dolarów (różnica była stosunkowo niewielka, co zawsze jest wskaźnikiem opłacalności transakcji). W drodze powrotnej na dworzec mijamy ciekawy kościół, niestety nie było czasu na bliższe oględziny. Satu Mare przypominało mi trochę prowincjonalne polskie miasteczko z połowy lat osiemdziesiątych. Tylko gdzieniegdzie jakieś kolorowe reklamy i to przeważnie Coca-ćoli. Coś dziwnego było w jeżdżących po ulicach miasta samochodach, ale dopiero w Bukareszcie uświadomiłem sobie co to takiego.
Po powrocie na dworzec kupujemy bilety z miejscówkami na pospieszny (accelerate) do Bukaresztu (koszt ok. 5 $). I tutaj uwaga: bilety w Rumunii sprzedawane SA na godzinę przed odjazdem pociągu i tylko w określonej kasie. Dlatego też wcześniej trzeba się zorientować kiedy dokładnie odjeżdża pociąg i w jakiej kasie można dostać bilet. Bilety sprzedawane są razem z miejscówkami. Numer wagonu i siedzenia bileterka wypisuje na odwrocie, o czym nie wiedzieliśmy. Szczęśliwi, że udało nam się bez większych komplikacji kupić bilet wsiadamy do pociągu. Już po chwili do naszego przedziału wchodzą ludzie, coraz więcej ludzi. W końcu jest ich więcej niż miejsc w przedziale, dokładnie o dwoje. Patrzą na nas wymownie, my na nich. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że tajemnicze, koślawe numerki na odwrocie biletu mają jakieś ukryte przesłanie. Szybko zmieniamy wagon i odnajdujemy nasze właściwe miejsca. Pociąg rusza o 18:09 (według rozkładu).
Szkoda, że robiło się coraz ciemniej, bo krajobrazy za oknem stawały się bardzo ciekawe. Góry, strumienie, tunele... Niestety, dziesięć godzin jazdy przyszło nam jechać w przedziale z Rumunami, którzy prawie przez cały czas gadali. Miało to jedynie tą dobrą stronę, że w końcu około godziny drugiej w nocy zasnąłem ukołysany do snu tym dziwnym dla ucha, obcym i kompletnie niezrozumiałym językiem.
DZIEŃ 3
Bukareszt -> StambułOkoło godziny 9 docieramy do Bukaresztu. Jak na stolicę przystało, główny dworzec kolejowy jest dość potężny. Przedzieramy się przez tłumy podróżnych w kierunku wyjścia, gdzie zaraz obskakują nas taksówkarze. Tłumaczę, jak mogę, że nie zamierzamy zostawać w tym pięknym, khmm, mieście. Na hasło Istanbul, ktoś zaoferował się nas zaprowadzić do firmy przewozowej "Murat", która zresztą znajdowała się zaraz po drugiej stronie ulicy. Bilet w jedna stronę kosztował 22 dolary plus 10 000 lei (1,5$) jakiejś "opłaty ekologicznej" w Giurgiu, przy granicy z Bułgarią. Podobno można było pojechać i za 15 dolarów. My jednak popełniliśmy błąd nie rozglądając się zawczasu za konkurencyjnymi ofertami innych tego typu biur.
Plącąc za bilety wydajemy resztę lei (można płacić mieszaną walutą) dopłacając brakującą część w dolarach. Okazało się, że zabrakło nam dolara czy dwóch, a oni nie za bardzo mają jak wydać z banknotu $ 20 . W końcu podarowali nam powtarzając: "You are our guest". Częstują nas kawą i ostrzegają przed Cyganami i Ormianami, którzy w okolicach dworca czatują na naiwnych turystów. Tutaj pozwolę sobie przytoczyć pouczająca historyjkę, która przeczytałem gdzieś na sieci. Rzecz działa się właśnie w Rumunii. Do turysty X podchodzi pan przebrany za policjanta, albo po prostu ubrany po cywilnemu i podający się za policjanta po służbie. Prosi o okazanie dowodu tożsamości. Naiwny turysta pokazuje paszport. Wtedy to pan wyłudza od turysty pieniądze w zamian za oddanie paszportu.
Około godziny 11 pod biuro podjeżdża rozklekotany autobus. Ma za zadanie przewieźć nas na parking, z którego odjeżdża właściwy autokar do Istanbulu. Przez brudne okna tego pojazdu obserwujemy ulice Bukaresztu. Widoki są zdecydowanie przygnębiające. Szare, brudne ulice. Dziury w jezdni na głębokość kilkunastu centymetrów. Wszędzie wielkie socrealistyczne budowle, wiele z nich niedokończonych, z powybijanymi szybami. Uderzyła mnie natomiast następująca prawidłowość. Średnio co dziesiąty samochód osobowy nie był białą Dacią. Ogólnie rzecz biorąc - straszna bieda.
Po dość długim postoju na granicy bułgarskiej ruszamy w dalsza drogę. Kilka razy zatrzymuje nas miejscowa policja, bynajmniej nie po to żeby życzyć nam dobrej drogi. Kierowca rutynowo wręcza policjantom karton papierosów albo trochę gotówki i już możemy jechać dalej. Przejeżdżamy przez porośnięte lasem góry.
Około 10 wieczorem tego samego dnia jesteśmy już na tureckiej granicy (Kapikule). Tutaj byliśmy świadkami nader dziwnego procederu. Po wizycie w sklepie bezcłowym większość pasażerów wraca z jednakowymi, nieprzezroczystymi torbami wypełnionymi, jak się domyśliłem, zestawem artykułów w ilości niepodlegającej ocleniu. Pewnie głównie alkohol i papierosy. Sądząc po krótkim czasie jaki spędzili we wspomnianym sklepie wszystko musiało być już przygotowane. Sami kierowcy wrócili również obładowani takimi torbami i wciskali je wszystkim, którzy jeszcze ich nie mieli w autobusie. Wszystkie torby należały zapewne albo do kierowców albo do samej firmy przewozowej. Na granicy odbyła się kontrola celna. Pasażerowie musieli wyciągnąć swoje bagaże i ułożyć je na specjalnej lawie. Oczywiście, każdy ma czarna, plastikowa torbę. Pytam się sąsiada z Mołdawi, co w nich jest. Odpowiada, że nie wie, co mnie już nie dziwi. Tak oto byliśmy świadkami wyrafinowanego i paradoksalnie legalnego przemytu. Swoją drogą, zastanawiam się dlaczego rodacy na coś takiego wcześniej nie wpadli.
Przy ostatniej formalności okazuje się, że na wykupionej na granicy wizie (10$) nie mamy pieczątki policji tureckiej i musieliśmy biegiem wracać do oddalonej o kilkaset metrów budki. Wreszcie, wyśmiani serdecznie przez tureckich żołnierzy wsiadamy do autobusu i odjeżdżamy w kierunku Istanbulu.
DZIEŃ 4
StambułW Stambule jesteśmy już o 3 w nocy, ale autobus stoi do rana, tak więc można było jeszcze trochę pospać. W końcu około 6 udajemy się w kierunku dzielnicy Sultanahmed. Daleko iść nie musieliśmy gdyż autobus zaparkował przy hotelu w dzielnicy Lalei, niedaleko od Starego Miasta. Po drodze zaczepia nas facet, który chyba właśnie się obudził po nocy spędzonej na ławce. Zaproponował nam pokój w hotelu. Gdy zapytałem o cenę, człowiek z rozmysłem popatrzył w niebo i rzucił - 3 miliony lirów tureckich (20 $) za dwie osoby. Zarzekał się jednoczenie, że nic tańszego nie znajdziemy. Nie trudno było się domyśleć, że to naciągacz żyjący z pośrednictwa i głupoty niektórych turystów. Powiedziałem na odczepne, że się zastanowię i poszliśmy dalej.
Tak wyglądało nasze pierwsze spotkanie z naciągaczem. Bardzo dużo ludzi w Turcji żyje z "pośrednictwa". Zaciągają cię do sklepów, hoteli, restauracji, biur przewozowych. Wciskają owoce lub namawiają na okazyjny zakup dywanu. Są skłonni obniżać ceny gdy widza, że nie jesteś zainteresowany. Od każdej transakcji mają prowizję, albo częściej - wszystko co uda im się uzyskać ponad cenę właściwego sprzedawcy idzie do ich kieszeni. Niektórzy są bardzo przebiegli, inni nadrabiają bezczelnością i natarczywością. Na dworcach autobusowych, bazarach, przed restauracjami... są wszędzie. Trzeba nauczyć się radzić sobie z nimi i przede wszystkim - nie wkurzać się. Chyba nikt nie lubi jak się go nieustannie zaczepia i wciska kit. Z początku jest to bardzo irytujące, ale już po kilku dniach człowiek się przyzwyczaja do tego swoistego folkloru. Z czasem można sobie nawet pogawędzić z takim natrętem na rożne ciekawe tematy.
Kilka sposobów na pozbycie się naciągaczy/upierdliwych sprzedawców:
- " Ja być z Polski. Ja nie mówić po angielski" - nie zawsze skutkuje; w okolicach Krytego Bazaru grasuje wielu Turków, którzy mówią po polsku. Najczęściej są to sprzedawcy badziewiastych kurtek skórzanych, po które zresztą do niedawna Polacy sami ciągnęli całymi tabunami.
- " Jestem biednym studentem z Polski i nie mam pieniędzy" - do niektórych i to nie trafia, proponują nawet zakup na kredyt.
- na Rumuna - sam tego nie wypróbowywałem, ale rodacy których spotkaliśmy w Kapadocji radzili, by na pytanie "Where are you from?" które to zazwyczaj otwiera wymuszona rozmowę, odpowiadać "Romania" . Turcy wtedy jakoś szybko się zniechęcają.
- "Saol, szef!" (fonetycznie) - czyli : "Dzięki szefie". Tego nauczył mnie pewien zaprzyjaźniony Turek. Czasami działa.
Generalnie należy sprawiać wrażenie, że wie się czego się chce, nawet jeśli tak nie jest.Ponieważ pora była jeszcze wczesna a my i tak nie mięliśmy ani lira, postanowiliśmy przeczekać na Hipodromie do otwarcia kantorów i biura informacji turystycznej. W tym momencie podszedł do nas Amerykanin, który jak się okazało już od lat mieszkał w Turcji ucząc języka, i zaproponował nocleg w swoim pensjonacie Seagull Pension. Na pytanie o cenę pokoju poprosił, żebyśmy sami ja rzucili. Skłamałem, że tak właściwie to już mamy na oku nocleg w schronisku młodzieżowym za 12 $. Była to najniższą cena w Stambule według naszego przewodnika. Ceny z tego przewodnika rozmijały się jednak często z rzeczywistością. Za tą właśnie cenę zaoferował nam nocleg w pokoju z łazienką w odległości 5 minut piechota od Błękitnego Meczetu. Oczywiście zgodziliśmy się, choć pewnie można byłoby przenocować i za 9-10$ bo pensjonat świecił pustkami. Później dopiero uświadomiliśmy sobie, że jak dobrze się rozglądnąć to i za 7$ / 2 osoby dałoby się, w innym pensjonacie np.: w okolicach dworca Sirkeci.
Pokój był niczego sobie. W Polsce za podobny trzeba byłoby zapłacić przynajmniej dwa razy tyle. Zrzucamy graty, bierzemy prysznic i nie tracąc czasu wychodzimy. Tego dnia niczego konkretnego nie mięliśmy zamiaru zwiedzać. Chodzimy po mieście od zabytku do zabytku nie wchodząc jednak do środka, rozglądamy się i chłoniemy atmosferę tego ruchliwego miasta. Jest to dobra strategia jeśli zamierza się spędzić w danym miejscu jeszcze kilka dni.
Pomimo hałasu, spalin, gorąca, brudu i wszechobecnych sprzedawców Istanbul wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie.. Meczety, minarety, kobiety ubrane od stop do głów, zabytki jeszcze z czasów bizantyjskich, przepych pałaców i brudne dzieci sprzedające wodę z lodem na kubeczki , Zloty Róg i zatłoczony Bosfor . W połączeniu z tak odmienna od innych miast europejskich atmosfera składało się to na niezapomniana egzotykę miejsca. Jeśli do tego doliczy się niskie ceny i serdeczność napotkanych ludzi (nie mówię o handlarzach)... efekt porażający! Po południu udajemy się do podziemnych Cystern Rzymskich (koniecznie warto zobaczyć - $ 2 na ISIC). W środku jest przyjemnie chłodno. Subtelnie podświetlone kolumny podtrzymujące strop są częściowo zanurzone w wodzie a zwiedzający mogą poruszać się po specjalnym drewnianym pomoście. U podstawy niektórych kolumn są ciekawy rzeźby np.: położona na boku wielka głowa Meduzy. Cicha muzyka puszczana z głośników dopełnia niesamowitości. Gdy mięliśmy już wychodzić dowiadujemy się, że za chwile odbędzie się koncert na flet (w lecie codziennie o 16). Oczywiście zostajemy, żeby posłuchać i wcale tej decyzji nie żałujemy. Wręcz przeciwnie.
Po posiłku na tarasie pensjonatu, z którego widać było Morze Marmara, włóczymy się jeszcze kilka godzin po Sultanahmed i okolicach.. Po zapadnięciu zmroku wiele zabytków jest efektownie podświetlanych a przy Sultanahmed Camii ( Błękitny Meczet) odbywa się codziennie widowisko Swiatlo-i-Dźwięk ( 0$ ). Niestety akurat tego dnia przedstawienie było w języku tureckim, tak wiec niewiele byłem w stanie zrozumieć z "historii Istanbulu", chociaż i tak nie chodziło w tym wszystkim o komentarz a o wspaniałą grę różnokolorowych świateł na budynku ogromnego meczetu i sześciu przylegających minaretach. Przedstawienie odbywa się codziennie po zachodzie słońca w trzech językach (angielski, niemiecki, turecki) każdy w innym dniu.Zapomniałem jeszcze dodać, że w biurach turystycznych zauważyliśmy oferty lotów do rożnych miast Europy za śmiesznie niskie pieniądze. Na przykład Düsseldorf - $ 28 , Amsterdam bodajże $ 65. Była to jednak tylko krótka, sezonowa obniżka cen i po powrocie do Stambułu (początek sierpnia) okazało się, że jest już dawno nieaktualna. Może jednak ktoś się załapie w przyszłym roku?
DZIEŃ 5
Stambuł - Bursa
Prawie cały dzień w drodze. Żeby wydostać się z Sultanahmed na nowy dworzec autobusowy trzeba wsiąść w szybki tramwaj na Ordu Caddesi, który z wyglądu przypomina trochę nowoczesny pociąg, dostać się w okolice dzielnicy Aksaray, a stamtąd już blisko do pierwszej stacji metra. Wysiada się na stacji Otogar czyli Dworzec Autobusowy. Dobra rada: jeżeli jesteś w większej grupie - niech jedna osoba zostanie z plecakami w pobliżu wyjścia z metra a reszta może się udać w poszukiwaniu najtańszego biletu w danym kierunku. Zmniejsza się w ten sposób ryzyko opadnięcia przez naganiaczy, dla których widok plecaka jest sygnałem wywoławczym. Dworzec autobusowy jest gigantyczny, a biur przewozowych cos że 200.
Udało nam się stargować 10% z ceny biletu na kartę ISIC, co jest ewenementem. Ostateczna cena wynosiła 6$ od osoby wliczając prowizje 0,30 $ jaką na naszych oczach otrzymał facet, który nas do tego biura przyprowadził. Mimo że, Bursa jest oddalona o jedyne ok. 350 km, podroż zabiera nam prawie cały dzien. Najpierw przepychamy się przez korki Stambułu, potem stoimy że 2 godziny w kolejce na prom. Przeprawa promem przez wąska zatokę Morza Marmara i dalej przez Yalove już do Bursy. Myślę, że szybciej, ciekawiej i za podobna jeżeli nie niższa cenę można to zrobić wsiadając na prom bezpośrednio że Stambułu do Yalovy po drugiej stronie morza i dopiero stamtąd pojechać autobusem do Bursy.
W Bursie wysiadamy na nowoczesnym terminalu autobusowym, świeżo pobudowanym tuz za granicami miasta. Trochę czasu i wysiłku zabrało nam znalezienie taniej kwatery, w końcu decydujemy się na bardzo skromny ale czysty Otel Deniz w pobliżu Atatürk Caddesi - głównej ulicy w mieście (8,66 $/ 2 os.+ 1,33 za gorący prysznic). Wprawdzie prysznic był płatny, ale ponieważ właściciel nic nie wspominał wiec nie zapłaciliśmy. Podejrzewam, że w pobliżu starego dworca autokarowego, gdzie koniunktura bardzo zmalała odkąd powstał nowy terminal można byłoby znaleźć nocleg w podobnych warunkach za 6 $. Nasz hotel wprawdzie droższy, ale za to był bardzo blisko centrum historycznego. Jedynym mankamentem był fakt, że hotel sąsiadował z kawiarnia, ale jak dla nas był to jedynie dodatkowy folklorek.
Bursa sprawiła bardzo pozytywne wrażenie. Mimo swojej wielkości centrum miasta było względnie ciche. Wokół podświetlanej fontanny w pobliżu Ulu Camii żebrała się spora grupka Turków. Obserwując tubylców z bliska można dojść do wniosku, że to wesoły i serdeczny naród. Poznaliśmy trzech Turków, z którymi umówiliśmy się wieczorem następnego dnia na raki, ale nie te do jedzenia tylko do picia. Raki to turecka wódka z winogron o bardzo specyficznych właściwościach., ale o tym później.
> Następna część
Dzień
1 - 5
(Wrocław - Kraków - Satu Mare - Bukareszt -Stambuł - Bursa)
6 - 10
(Bursa - Bergama [Pergamon] - Izmir - Selçuk - Efez - Pamucak - Pamukkale)
11 - 15
(Fethiye - Antalya - Anamur)
16 - 20
(Mersin - Kayseri -Góreme - Derinkuyu - Ihlara - Zelve - Ortahisar)
21+
(Kayseri - Malatya - Nemrut Dagi - Van - Erzurum - Sivas - Divrigi - Stambuł - Polska)
INNE STRONY TURYSTYCZNE O TURCJI
Tekst: Bartosz Kozłowski c. 1998
thorrinx@magic.ic.com.pl
Fotografie: Bartosz Kozłowski & Katarzyna Matczyszyn c. 1997